nazwa imprezy: TRZECIE URODZINY GRUPY PARADOX + gość Jąkpa Blues Band oraz gość specialny DŻEM
miejsce: Chodzieski Dom Kultury, Chodzież
data: 8 kwietnia
start: godzina 19.00
bilet: 20 zl (do 24 marca), potem 25, biltety do kupienia w Pilskim sklepie muzycznym DEMO (ul. Budowlanych 11) oraz
w chodzieskiej księgarni państwa Gursz (Rynek) i w CHDK ( ul.Strzelecka 15)
Strona grupy PARADOX: http://www.paradox.muzyka.pl/
Pierwsza strona w Polsce gdzie calkowicie za free pobierzesz muzyke. Na poczatek najnowsza plyta Partyzanta i zespolu "Paradox!" http://www.netmuza.pl/
Przy zbiegu ulic: Nowy Świat, Rumińskiego i Ułańskiej powstanie nowoczesny kompleks kaliskiego Wydziału Pedagogiczno-Artystycznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Budowa obiektu została podzielona na etapy i zadania. Jako pierwsze powstaną: biblioteka naukowa, Zakład Bibliotekarstwa i Informacji Naukowej, sala koncertowo-konferencyjna (na 400 miejsc), galeria, księgarnia i kawiarnia z zapleczem oraz niezbędne ciągi komunikacyjno-rekreacyjne i konieczne pomieszczenia techniczne. Kolejnym etapem będzie budowa dziekanatu, Zakładu Edukacji Muzycznej, Filologii Angielskiej, Ochrony Dóbr Kultury i Historii oraz Pracowni Projektowania Ubiorów. Znajdą się tam również pokoje dla pracowników naukowo-dydaktycznych, samorządu studentów oraz dalsze pomieszczenia techniczne. Zadanie trzecie, którego realizacja rozpocznie się po 2007 roku, dotyczyć będzie budowy kompleksu sportowo-rekreacyjnego, w tym: hali sportowej z pełnym zapleczem, części rekreacyjnej i boisk sportowych.
Dzięki zastosowanym rozwiązaniom architektonicznym, dostęp do wszystkich sal w obiekcie, łącznie z wjazdem na scenę, będą miały osoby niepełnosprawne. Prawdopodobnie w marcu 2006 roku ogłoszony zostanie przetarg na generalnego wykonawcę. Można się zatem spodziewać, że budowa ruszy na przełomie sierpnia i września przyszłego roku. Teren na którym powstaną obiekty, który na mocy wcześniejszych decyzji Rady Miejskiej Kalisza jest własnością Uniwersytetu, zajmuje powierzchnię 33.047 m2. Szacunkowy koszt inwestycji to ok. 50 milionów złotych.
Przypomnijmy. Decyzję o rozbudowie kaliskiej części uczelni władze rektorskie podjęły już w marcu 2004 roku. Ogłoszono wówczas konkurs, którego celem było znalezienie najlepszej koncepcji zagospodarowania terenu ciekawego rozwiązania architektonicznego i funkcjonalnego obiektu. Zainteresowanie konkursem wykazało ponad 30 pracowni projektowych z Polski i zagranicy kraju. Ostatecznie swoje oferty złożyło 9 firm krajowych. Wygrała Autorska Pracownia Architektoniczna JACEK BUŁAT z Poznania, która zajęła się opracowaniem projektu budowlanego oraz dokumentacji niezbędnej do realizacji inwestycji, a także pełnieniem nadzoru autorskiego.
[WROCŁAW]
Wreszcie ruszy budowa biblioteki uniwersyteckiej we Wrocławiu
Jerzy Wójcik 2008-10-22 08:47:27, aktualizacja: 2008-10-22 09:01:26
Spółka Skanska zbuduje Bibliotekę Uniwersytecką. Studenci będą mogli korzystać z niej za 4 lata.
To już pewne. W czwartek rano Uniwersytet Wrocławski podpisze z firmą Skanska umowę na zakończenie budowy uczelnianej biblioteki. A to oznacza, że jeszcze w tym tygodniu na terenie budowy mogą się pojawić robotnicy. Prace w budynku przy moście Pokoju stanęły na 30 miesięcy. Według planu nowa biblioteka powinna zostać otwarta w październiku rok temu.
- Do 2011 roku uda się wykończyć wnętrze budynku - zapowiada dr Beata Lenkiewicz, kanclerz uczelni. - Kilka miesięcy zajmie jego wyposażanie i latem 2012 roku będziemy mogli rozpocząć przenoszenie zbiorów z budynku przy ul. Szajnochy i starodruków z oddziału Na Piasku - dodaje kanclerz.
Przez ponad dwa lata biblioteka nie miała szczęścia do wykonawcy. Jej budowa rozpoczęła się w 2003 roku. Jednak już rok później wybuchł korupcyjny skandal wokół największej inwestycji wrocławskiej uczelni. Prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wykryły, że podczas wyboru wykonawcy doszło do przestępstwa. Na ławie oskarżonych zasiadło kilka osób, w tym prorektor uczelni i dyrektor administracyjny i wykonawcy - kieleckiej firmy Mitex. Proces do dziś się nie zakończył.
Ostatecznie prace przerwano w maju 2006 roku. Jakby tego było mało, Najwyższa Izba Kontroli ujawniła, że kielecka firma jest winna uniwersytetowi 13 mln zł za materiały, których nie kupiono i prace, których nie wykonano. Ostatecznie w tym roku sądu przyznał rację uczelni i stwierdził, że Mitex ma wypłacić uniwersytetowi blisko 10 mln złotych. Niedawno uniwersytet złożył apelację, bo domaga się między innymi kwoty o pięć milionów zł wyższej, która uwzględniałaby kary naliczone Miteksowi. Prawomocny wyrok poznamy nie wcześniej niż za kilka miesięcy.
Sprawy toczące się przed sądami nie mają wpływu na podpisanie umowy z nowym wykonawcą.
- Po zakończeniu przetargu, który wygrała firma Skanska, musieliśmy jeszcze wysłać dokumentację, liczącą 1400 punktów, do Urzędu Zamówień Publicznych - wyjaśnia kanclerz Lenkiewicz. - Dokumenty właśnie do nas wróciły i urzędnicy nie mają zastrzeżeń formalnych. A to oznacza, że nic nie stoi na przeszkodzie, by podpisać umowę i pracownicy firmy Skanska zaczęli działać na terenie budowy.
- Cieszę się, że ta inwestycja znowu ruszy - nie ukrywa prof. Wiesław Fałtynowicz, dziekan wydziału nauk biologicznych UWr. - Uniwersytetowi naprawdę potrzebna jest nowoczesna biblioteka. Liczę, że Skanska lepiej sobie poradzi niż Mitex.
Czy starczy pieniędzy na zakończenie budowy? Uczelnia nie ukrywa, że dziś nie ma całej kwoty, potrzebnej na doprowadzenie inwestycji do końca. Według najnowszych szacunków na dokończenie gmachu biblioteki trzeba będzie wydać 139 mln zł.
- W projekcie budżetu na 2009 rok przyznano nam dodatkowe 40 mln zł. Mamy wystarczająco dużo pieniędzy, by bez problemów prowadzić prace budowlane w 2009 i 2010 roku - wyjaśnia kanclerz. - Brakuje nam 53 mln zł, które trzeba będzie wydać na ostatnie prace budowlane i wyposażenie biblioteki w 2011 roku. Mamy dwa lata, żeby zdobyć te pieniądze.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i zbiory uniwersyteckie pojawią się w nowym gmachu w 2012 roku, pozostanie temat starego budynku biblioteki przy ul. Szajnochy. Uczelnia zamierza go sprzedać. W 2005 roku był wart 11 mln zł.
Nieoficjalnie wiadomo, że kupnem zainteresowane jest miasto. W księdze wieczystej ma zapisane pierwszeństwo kupna. Być może przeniosłaby się tam biblioteka miejska.
Budynek na miliony książek
Budynek nowej biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego znajduje się na terenie pomiędzy ul. Wyszyńskiego i Szczytnicką. Tworzą ją dwie bryły połączone dziedzińcem. W jednej części ma się pomieścić ponad 4 mln woluminów zbiorów ogólnych, w drugiej znajdzie się pół miliona pozycji ze zbiorów specjalnych. Obiekt ma prawie 38 tys. mkw. powierzchni do wykorzystania. W salach i czytelniach może przyjąć łącznie 1000 czytelników naraz.
Oprócz części przeznaczonej dla osób wypożyczających książki, znajdą się tu także sale wykładowe, muzeum biblioteki oraz księgarnia i miejsce dla małej gastronomii.
http://polskatimes.pl/gazetawroclawska/ ... l#material
Muzeum spotęgowane
05.09.2007
Po dawnej przędzalni Izraela Poznańskiego kręcą się robotnicy w kolorowych kaskach. Pracują dźwigi. Słowem: robota wre. Budynek przeznaczony na nowy oddział łódzkiego Muzeum Sztuki w Manufakturze wreszcie ożył. Przynajmniej w filmie promocyjnym, prezentowanym wczoraj w głównej siedzibie muzeum.
W lipcu rozpoczęły się w oddziale w Manufakturze prace budowlane. Wreszcie, ponieważ przez półtora roku ciągnęły się procedury wyłaniania wykonawcy. Teraz muzeum planuje, co znajdzie się w nowej placówce, jaki będzie miała charakter. Specjaliści od projektów graficznych wymyślają koncepcje wizualno-promocyjne.
- Prace rozpoczęły się cztery tygodnie temu - mówił Jarosław Suchan, dyrektor Muzeum Sztuki. - Tym samym długa epopeja zaczęła zbliżać się ku końcowi.
Myśl o nowej przestrzeni wystawienniczej pojawiła się jeszcze za czasów dyrektorowania Mariana Minicha (lata 30. do 60.). Do idei powrócił kolejny dyrektor Ryszard Stanisławski. Ogłosił nawet konkurs na nowy budynek, który miał powstać w parku na Zdrowiu. Pomysł budynku dla muzeum w Manufakturze powstał, kiedy budynki po dawnej fabryce Poznańskiego kupiła firma Apsys, tworząc tam jedno z największych w kraju centrów handlowo-rozrywkowych. Francuska firma jeden z XIX-wiecznych budynków postanowiła oddać muzeum. Pod koniec 2006 roku udało się zdobyć 17 mln zł dofinansowania z funduszy unijnych. Milion na stworzenie dokumentacji wyłożyło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
- Prace przygotowawcze trwały dosyć długo - przyznaje dyrektor Suchan. - Działo się tak ze względu na procedury i przepisy prawne, które w Polsce obowiązują.
Dyrektor wierzy, że uda się dotrzymać terminu zakończenia inwestycji, wyznaczonego na koniec czerwca 2008 roku. Gdyby muzeum, a raczej wybrany przez nie wykonawca, nie zdążyło, trzeba byłoby zwrócić dotację do unijnej kasy.
- Budynek ma 7 tysięcy metrów kwadratowych i kubaturę 40 tysięcy metrów sześciennych - podkreśla jego wielkość Tomasz Sałata, dyrektor Variteksu, firmy, która została wykonawcą modernizacji i adaptacji budynku. - Nie widzę zagrożenia związanego z niedotrzymaniem terminu.
Z Variteksem współpracuje, zajmujący się pracami konserwacyjnymi, Mozaikon. Zabytkowy budynek ma być odrestaurowany tak, aby ukazać jego XIX-wieczny, fabryczny charakter, lecz wykończony zostanie w nowoczesny sposób.
- Będą windy, klimatyzacja, nowoczesna instalacja przeciwpożarowa, służąca do gaszenia pożaru gazem - wylicza szef Variteksu.
- Pojawienie się nowego budynku w strukturze muzeum to jedno z najważniejszych wydarzeń w jego historii - kontynuował dyrektor Suchan. - Pociągnie to za sobą szereg zmian. W nowym budynku znajdzie się miejsce dla kolekcji sztuki z XX i XXI wieku. Wreszcie będzie można zaprezentować cały zbiór sztuki współczesnej i nowoczesnej, tak jak ona na to zasługuje.
W budynku przy ul. Więckowskiego 36 będzie realizowany program wystaw czasowych. Sztuka dawna zostanie przeniesiona do oddziału w Pałacu Herbsta.
- Nowe miejsce będzie żywe. Chcemy przyciągnąć ludzi, którym do tej pory przeszkadzał zbyt świątynny klimat muzeum - dodaje dyrektor muzeum.
W wizji dyrektora Suchana oddział w Manufakturze ma mieć charakter bardziej klubowy. Na parterze znajdą się księgarnia, kawiarenka i sklepik. Eksponowana na piętrach kolekcja sztuki najnowszej będzie co jakiś czas częściowo wymieniana. Ma być także otwarta na fotografię, sztukę video i filmowe dokumentacje happeningów, performance i sztukę akcji.
Nad projektami graficznymi nowego oddziału Muzeum Sztuki pracuje agencja reklamowa Most Advertising. Firma tworzy graficzną identyfikację muzeum w Manufakturze, projektuje plakaty i materiały promocyjne.
- Stworzyliśmy sygnet [m/s2]*. To komunikat nazwy muzeum złożony z kwadratowego nawiasu, liter m i s pisanych z ukośnikiem. Asterysk (gwiazdka) sugeruje coś więcej, rozwinięcie. Dwójkę można interpretować jako sztukę spotęgowaną - objaśnia Sławomir Kosmynka z Most Advertising.
Muzeum dzięki nowej i nowoczesnej powierzchni wystawienniczej ma zamiar odbudować pozycję znaczącej w Europie. Czekamy na to.
Dawna przędzalnia fabryki Poznańskiego wkrótce zamieni się w oddział Muzeum Sztuki
Anna Pawłowska - Dziennik Łódzki
ze strony kalisz. pl
Plany rozbudowy Wydziału Pedagogiczno- Artystycznego UAM
Planom rozbudowy kaliskiego Wydziału Pedagogiczno-Artystycznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu poświęcona była konferencja prasowa, która odbyła się w kaliskim ratuszu. Podczas spotkania z udziałem władz uczelni, miasta i projektantów zaprezentowano dziennikarzom planowany kształt nowego obiektu uczelni.
Nowoczesny kompleks powstanie przy zbiegu ulic: Nowy Świat, Rumińskiego i Ułańskiej. Decyzję o rozbudowie kaliskiej części uczelni władze rektorskie podjęły już w marcu 2004 roku. Ogłoszono wówczas konkurs, którego celem było znalezienie najlepszej koncepcji zagospodarowania terenu ciekawego rozwiązania architektonicznego i funkcjonalnego obiektu. Zainteresowanie konkursem wykazało ponad 30 pracowni projektowych z Polski i zagranicy kraju. Ostatecznie swoje oferty złożyło 9 firm krajowych. Wygrała Palmę Autorska Pracownia Architektoniczna JACEK BUŁAT z Poznania, która zajęła się opracowaniem projektu budowlanego oraz dokumentacji niezbędnej do realizacji inwestycji, a także pełnieniem nadzoru autorskiego.
Jak poinformowano podczas spotkania w kaliskim ratuszu budowa obiektu wielofunkcyjnego dla Wydziału Pedagogiczno-Artystycznego została podzielona na etapy i zadania. Jako pierwsze powstaną: biblioteka naukowa, Zakład Bibliotekarstwa i Informacji Naukowej, sala koncertowo-konferencyjna, galeria, księgarnia i kawiarnia z zapleczem oraz niezbędne ciągi komunikacyjno-rekreacyjne i konieczne pomieszczenia techniczne. Kolejnym etapem będzie budowa dziekanatu, Zakładu Edukacji Muzycznej, Filologii Angielskiej, Ochrony Dóbr Kultury i Historii oraz Pracowni Projektowania Ubiorów. Znajdą się tam również pokoje dla pracowników naukowo-dydaktycznych, samorządu studentów oraz dalsze pomieszczenia techniczne. Zadanie trzecie, którego realizacja rozpocznie się po 2007 roku, dotyczyć będzie budowy kompleksu sportowo-rekreacyjnego, w tym: hali sportowej z pełnym zapleczem, części rekreacyjnej i boisk sportowych.
Szczególnie oczekiwaną przez studentów i całe środowisko akademickie Kalisza jest biblioteka naukowa - podkreślał podczas konferencji dziekan Wydziału Pedagogiczno-Artystycznego prof. Jerzy Rubiński. W tym na wskroś nowoczesnym obiekcie znajdzie się księgozbiór gromadzony i udostępniany dla celów dydaktycznych oraz badawczych, którego docelową wielkość określono na 150 tysięcy woluminów. Na całej powierzchni biblioteki zostanie usytuowanych 100 miejsc czytelniczych (część z nich winna zapewniać możliwość korzystania ze sprzętu komputerowego oraz dostępu do internetu). Znajdą się w niej również trzy pomieszczenia dla umożliwienia tzw. nauki głośnej.
Nie mniejsze emocje budzi budowa amfiteatralnej sali koncertowo-konferencyjnej na 400 miejsc. Będzie ona służyć nie tylko studentom i mieszkańcom Kalisza, ale przede wszystkim kaliskim filharmonikom. To właśnie tutaj zgodnie z porozumieniem zawartym pomiędzy Rektorem Uniwersytetu, a Prezydentem Miasta Kalisza będą odbywały się koncerty i próby Filharmonii Kaliskiej. Scena będzie miała wymiary 16 m x 12 m, z możliwością elastycznego montażu 3 poziomów dla chórów i orkiestry, a także usytuowania “wybiegu" podczas prezentacji pokazów mody. W podłodze sceny znajdzie się automatyczna winda umożliwiająca przemieszczanie fortepianu i innych instrumentów. Przy budowie sali zastosowane zostaną też nowoczesne rozwiązania akustyczne i oświetleniowe, a w jej wyposażeniu znajdą się miękkie fotele, składane pulpity, klimatyzacja, instalacje audiowizualne i kabiny do tłumaczeń symultanicznych.
Dzięki zastosowanym rozwiązaniom architektonicznym, dostęp do wszystkich sal w obiekcie, łącznie z wjazdem na scenę, będą miały osoby niepełnosprawne. Prawdopodobnie w marcu 2006 roku ogłoszony zostanie przetarg na generalnego wykonawcę. Można się zatem spodziewać, że budowa ruszy na przełomie sierpnia i września przyszłego roku. Teren na którym powstaną obiekty, który na mocy wcześniejszych decyzji Rady Miejskiej Kalisza jest własnością Uniwersytetu, zajmuje powierzchnię 33.047 m2.
Szacunkowy koszt inwestycji to ok. 50 milionów złotych. Rada Miejska Kalisza uchwałą podjętą w październiku br. zdecydowała o dofinansowaniu inwestycji kwotą 2 mln. zł.




2008-10-22 08:47:27, aktualizacja: 2008-10-22 09:01:26 Jerzy Wójcik
Spółka Skanska zbuduje Bibliotekę Uniwersytecką. Studenci będą mogli korzystać z niej za 4 lata.
Spółka Skanska zbuduje Bibliotekę Uniwersytecką. Studenci będą mogli korzystać z niej za 4 lata.
To już pewne. W czwartek rano Uniwersytet Wrocławski podpisze z firmą Skanska umowę na zakończenie budowy uczelnianej biblioteki. A to oznacza, że jeszcze w tym tygodniu na terenie budowy mogą się pojawić robotnicy. Prace w budynku przy moście Pokoju stanęły na 30 miesięcy. Według planu nowa biblioteka powinna zostać otwarta w październiku rok temu.
- Do 2011 roku uda się wykończyć wnętrze budynku - zapowiada dr Beata Lenkiewicz, kanclerz uczelni. - Kilka miesięcy zajmie jego wyposażanie i latem 2012 roku będziemy mogli rozpocząć przenoszenie zbiorów z budynku przy ul. Szajnochy i starodruków z oddziału Na Piasku - dodaje kanclerz.
Przez ponad dwa lata biblioteka nie miała szczęścia do wykonawcy. Jej budowa rozpoczęła się w 2003 roku. Jednak już rok później wybuchł korupcyjny skandal wokół największej inwestycji wrocławskiej uczelni. Prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wykryły, że podczas wyboru wykonawcy doszło do przestępstwa. Na ławie oskarżonych zasiadło kilka osób, w tym prorektor uczelni i dyrektor administracyjny i wykonawcy - kieleckiej firmy Mitex. Proces do dziś się nie zakończył.
Ostatecznie prace przerwano w maju 2006 roku. Jakby tego było mało, Najwyższa Izba Kontroli ujawniła, że kielecka firma jest winna uniwersytetowi 13 mln zł za materiały, których nie kupiono i prace, których nie wykonano. Ostatecznie w tym roku sądu przyznał rację uczelni i stwierdził, że Mitex ma wypłacić uniwersytetowi blisko 10 mln złotych. Niedawno uniwersytet złożył apelację, bo domaga się między innymi kwoty o pięć milionów zł wyższej, która uwzględniałaby kary naliczone Miteksowi. Prawomocny wyrok poznamy nie wcześniej niż za kilka miesięcy.
Sprawy toczące się przed sądami nie mają wpływu na podpisanie umowy z nowym wykonawcą.
- Po zakończeniu przetargu, który wygrała firma Skanska, musieliśmy jeszcze wysłać dokumentację, liczącą 1400 punktów, do Urzędu Zamówień Publicznych - wyjaśnia kanclerz Lenkiewicz. - Dokumenty właśnie do nas wróciły i urzędnicy nie mają zastrzeżeń formalnych. A to oznacza, że nic nie stoi na przeszkodzie, by podpisać umowę i pracownicy firmy Skanska zaczęli działać na terenie budowy.
- Cieszę się, że ta inwestycja znowu ruszy - nie ukrywa prof. Wiesław Fałtynowicz, dziekan wydziału nauk biologicznych UWr. - Uniwersytetowi naprawdę potrzebna jest nowoczesna biblioteka. Liczę, że Skanska lepiej sobie poradzi niż Mitex.
Czy starczy pieniędzy na zakończenie budowy? Uczelnia nie ukrywa, że dziś nie ma całej kwoty, potrzebnej na doprowadzenie inwestycji do końca. Według najnowszych szacunków na dokończenie gmachu biblioteki trzeba będzie wydać 139 mln zł.
- W projekcie budżetu na 2009 rok przyznano nam dodatkowe 40 mln zł. Mamy wystarczająco dużo pieniędzy, by bez problemów prowadzić prace budowlane w 2009 i 2010 roku - wyjaśnia kanclerz. - Brakuje nam 53 mln zł, które trzeba będzie wydać na ostatnie prace budowlane i wyposażenie biblioteki w 2011 roku. Mamy dwa lata, żeby zdobyć te pieniądze.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i zbiory uniwersyteckie pojawią się w nowym gmachu w 2012 roku, pozostanie temat starego budynku biblioteki przy ul. Szajnochy. Uczelnia zamierza go sprzedać. W 2005 roku był wart 11 mln zł.
Nieoficjalnie wiadomo, że kupnem zainteresowane jest miasto. W księdze wieczystej ma zapisane pierwszeństwo kupna. Być może przeniosłaby się tam biblioteka miejska.
Budynek na miliony książek
Budynek nowej biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego znajduje się na terenie pomiędzy ul. Wyszyńskiego i Szczytnicką. Tworzą ją dwie bryły połączone dziedzińcem. W jednej części ma się pomieścić ponad 4 mln woluminów zbiorów ogólnych, w drugiej znajdzie się pół miliona pozycji ze zbiorów specjalnych. Obiekt ma prawie 38 tys. mkw. powierzchni do wykorzystania. W salach i czytelniach może przyjąć łącznie 1000 czytelników naraz.
Oprócz części przeznaczonej dla osób wypożyczających książki, znajdą się tu także sale wykładowe, muzeum biblioteki oraz księgarnia i miejsce dla małej gastronomii.
Polska Times Gazeta Wrocławska
Fortyfikacje nowożytne Prus Wschodnich nie tylko dla turystów
U schyłku 2006 r. wydawnictwo Biuro Odkryć, czyli powszechnie znana Księgarnia Odkrywcy, wszystkim miłośnikom fortyfikacji sprawiło miły prezent. Jest nim książka „Fortyfikacje nowożytne Prus Wschodnich - przewodnik” pióra Wojciecha Remigiusza Różewicza. Autor mieszka w Giżycku, gdzie oferuje swoje usługi jako „pilot wycieczek i przewodnik turystyczny po Warmii i Mazurach”, jak głosi informacja na okładce uzupełniona nr telefonu oraz e-mailem.
Książka wydana została w serii „Polska dla Odkrywców”, ma zeszytowy format A-5, miękką lakierowaną okładkę i liczy 280 stron. Zawarto na nich ponad 200 czarno-białych ilustracji, na które składają się rzuty opisywanych budowli uzupełnione fotografiami, mapami i szkicami terenu.
To pierwsza pozycja, na naszym rynku książki, która omawia prawie w całości, systematycznie i przystępnie, fortyfikacje nowożytne Prus Wschodnich. Z oczywistych przyczyn Autor zajmuje się umocnieniami na terenie leżącym w granicach Polski. Jest to wystarczające ponieważ i te tereny te są w istocie jednym ogromnym skansenem fortyfikacyjnym. Co więcej Autor wykracza poza tak nakreślone ramy terytorialne, na południu sięgając Nowogrodu nad Narwią, choć na tym obszarze przedstawia jedynie fortyfikacje III Rzeszy.
Praca została podzielona na dwie części w proporcjach 2/3 i 1/3. Pierwsza omawia historię tytułowych fortyfikacji, drugą stanowi „przewodnik po wybranych zespołach fortyfikacji”.
Po otwarciu książki zwraca uwagę pokaźna i bogato zaopatrzona w planiki część dotycząca historii fortyfikacji. Autor rozpoczyna ją rozdziałem poświęconym XVI w. twierdzy w Piszu, a kończy notką o fortyfikacyjnej rozbudowie pozycji obronnych w roku 1944. Poszczególne rozdziały omawiają Fort Lyck, Twierdzę Boyen w Giżycku, umocnienia mostów kolejowych, Pozycję Jezior Mazurskich, Szczycieńską Pozycję Leśną, Giżycką Pozycję Polową, Trójkąt Lidzbarski, RU Giżycko, Pozycję Olsztynecką, oraz umocnienia granicy Prus Wschodnich z ZSRR. Układ i kolejność rozdziałów przyjęty został według klucza chronologicznego. Każdy z wymienionych wyżej zawiera krótki rys historyczny prezentowanego zespołu fortyfikacji oraz katalog rysunków zinwentaryzowanych budowli danego zespołu. Są to obszernie przygotowane zestawienia, co wskazuje na szerokie wykorzystanie wskazanych w bibliografii opracowań z zakresu konserwacji zabytków budownictwa wojskowego. Natomiast opisy ufortyfikowanych kwater mieszczących stanowiska niemieckich dowództw są krótsze i nie zostały zaopatrzone w katalogi budowli. Zawarte w książce zestawienia inwentaryzacyjne budowli obronnych Prus Wschodnich są jednak mocno niekompletne. Wśród pominiętych zespołów można wymienić: pozycje umocnione pod Iławą, Gardeją, Oleckiem, zapory hydrotechniczne, fortyfikacje przygotowywane dla powstrzymania Armii Czerwonej, czy fortyfikacje szkolne i poligonowe pod Orzyszem.
Część pierwsza książki zawiera 107 ilustracji, co podpowiada zamieszczony w książce spis. Dominują plany budowlane obiektów gdyż mapki i fotografie stanowią około 1/3 ilustracji. Można zauważyć, że fotografie stanowią dodatek do katalogów z inwentaryzacji, a część z nich w podpisie zawiera tylko wzmiankę o typie budowli. W czasie lektury nasuwa się więc pytanie: może informację, gdzie można je zobaczyć znajdziemy w przewodniku?
Część druga pracy Wojciecha Remigiusza Różewicza to przewodnik po wybranych zespołach fortyfikacji. Otwiera go ABC bezpiecznego zwiedzania fortyfikacji, czyli rozdział niezwykle ważny i świadczący o profesjonalnym podejściu Autora do zagadnień turystyki. Na kolejnych stronach przedstawiono kolejno zwiedzanie twierdzy Boyen, trójkąta Lidzbarskiego, Giżyckiego RU, Pozycji Olsztyneckiej, ufortyfikowanych kwater, oraz fortyfikacji w Bakałarzewie.
W doborze wskazanych miejsc oraz tras zwiedzania mocno razi dysproporcja gdyż połowę objętości tego rozdziału zajmują opisy obiektów udostępnionych turystycznie, dobrze poznanych oraz opisanych w standardowych folderach, czyli Twierdza Boyen oraz kwatery niemieckich sztabów. Pozostałe z „wybranych” zespołów fortyfikacji zaprezentowano bardziej niż skromnie: jedną trasę po Trójkącie Lidzbarskim (na 6 stronach), dwa miejsca na Giżyckim RU (24 strony), jeden punkt Pozycji Olsztyneckiej (6 stron) oraz punkt oporu w Bakałarzewie należący do Pozycji Granicznej (12 stron). Rozdziały te ponownie wypełniają nudnawe katalog z rzutami powtarzających się budowli, wśród których schron bojowy typu R105 przedstawiony jest w sumie aż jedenaście razy (zajmując proporcjonalnie dużą liczbę stron tej książki). Wśród 95 ilustracji fotografie, podobnie jak w części pierwszej, są stosunkowo nieliczne.
Również mapy są skromnie reprezentowane i ubogie w treść oraz nierzadko pozbawione skali. Kuriozum stanowi zeskanowana rozkładówka z folderu turystycznego (s. 217, widać zarówno zagięcie papieru jak i zszywki). Pierwotnie barwna, wydrukowana jest po dwukrotnym zmniejszeniu co nie podnosi czytelności. Plan punktu oporu w Bakałarzewie liczącego kilkanaście obiektów jest tak mały, że wszystkie schrony mieszczą się na linii długości 2 cm. To również nie sprzyja czytelności mapy i nie ułatwia orientacji w terenie.
Ostatni rozdział książki stanowią informacje o stanie zachowania fortyfikacji zinwentaryzowanych w Prusach Wschodnich. Są to tabele żywcem przeniesione z jednego z opracowań konserwatorskich (s.263-265). I warto je dociekliwie przejrzeć, ponieważ pozostały w nich liczne przydatne informacje, których nie ma w tekście. Prawdopodobnie wyjaśnia to jednocześnie, wskazane wyżej, pominięcie części fortyfikacji – nie zostały zinwentaryzowane w ramach dostępnych autorowi opracowań konserwatorskich.
Książkę wieńczą zestawienia: słownik wybranych terminów fortyfikacyjnych, tabela z podstawowymi typami niemieckich pancerzy (lecz brak tu np. kopuły 20P7). Dalej znajdziemy bibliografię, wykaz źródeł oraz spis ilustracji.
Reasumując, przewodnikiem po terenach Prus Wschodnich ta publikacja nie jest, a tytuł jest mylący. Wskazówkę, która w trakcie lektury zamienia się w pewnik, stanowi mapa zamieszczona na odwrocie strony tytułowej. Z licznych wschodniopruskich zespołów fortyfikacji, liczących grubo ponad 1000 obiektów do zwiedzania wskazano jedynie kilka, w części znakomicie już znanych. Ponieważ miejsca te w większości były już opisane, stanowią zapewne standardowy cel prowadzonych przez Autora wycieczek. Podstawową rzeczą w przewodniku winny być mapy i szkice terenu oraz ich omówienia - niestety w omawianej pracy zostały zastąpione dziesiątkami stron katalogów zaczerpniętych z opracowań konserwatorskich. Natomiast te, które zamieszczono nie ułatwiają samodzielnego odszukania ciekawych budowli w terenie chyba, że metodą powolnego i dociekliwego rozpytywania wśród ludności (co do turystyki trudno zaliczyć). Towarzyszące mapom informacje o trasach zwiedzania są dość lakoniczne i schematyczne. Przykładem uproszczeń opisu może być zachowany w całości schron bojowy w Martianach, który Autor poleca zwiedzać, nie akcentując, że jest zamknięty, leży na ogrodzonej posesji prywatnej i nie zawsze bywa udostępniany. Innym przykładem są lapidarne informacje o lokalizacjach budowli tych „wybranych” zespołów fortyfikacji, bez precyzyjniejszej informacji o trasie dojścia. Ponadto niektóre z wskazywanych schronów mogą nie istnieć, tak jak „schron bierny L 60”, o którym czytamy „wysadzony jest w powietrze, teren splantowany, na powierzchni ziemi znajdują się pojedyncze bryły dobrej jakości betonu fortecznego” (s. 221).
Informacji o technicznym wyposażeniu budowli obronnych nie ma w książce zbyt wiele. I to dobrze ponieważ ograniczone próby ich podania prowadzą do zabawnych lapsusów. Przykładem jest konsekwentnie podawana informacja jakoby kazamata pancerna 5P7 wykorzystywała płytę pancerną 7P7 (np. s. 71, 83 - notabene sprzeczna z informacjami w zestawieniu na s. 268). Tym potknięciom towarzyszą różne uproszczenia w terminologii, przeniesione zapewne z tekstów przygotowanych podczas oprowadzania turystów. W ten sposób parokrotnie czytamy, iż są „płytki obrony wejścia”, że izby bojowe mogły być dość bezbronne ponieważ wyposażenie „ograniczało się do pieca” (s. 112) oraz o „rozbudowie” socjalnej (chodzi o wyposażenie socjalne, s. 71). A na stronie 152 znajdziemy kopułę pancerną typu 20P7 dla „ckm z organiczną drużyną piechoty” – i choć tak nie było, nie jest to niemożliwe, ponieważ kopuła jest spora, ma 6 strzelnic, więc i 12 żołnierzy jakoś mogłoby sobie poradzić (choć wewnątrz byłoby tłoczno).
Książka mimo swych wad i uchybień oraz pomimo, iż nie spełni roli typowego przewodnika ani także roli przystępnej pracy popularyzatorskiej może być ciekawą pozycją. Z zawartymi wewnątrz katalogami przyda się do identyfikacji różnych budowli fortecznych, i z pewnością zachęci do wyjazdu dla bliższego poznania pominiętych w niej wschodniopruskich fortyfikacji. Nieco bardziej dociekliwego czytelnika zachęci także do dalszego poszukiwania informacji na ten temat, ponieważ liczne bzdury dość łatwo zauważyć.
Na przykład w korespondencji na temat recenzowanej książki niżej podpisany otrzymał poniższe uwagi:
>
Na str. 7. czytamy:
"Historia fortyfikacji na obszarze późniejszych Prus Wschodnich, a wcześniej państwa krzyżackiego rozpoczyna się w pierwszej połowie XIII wieku [...]"
Wojciech Rużewicz gładko pomija wczesnośredniowieczne systemy obronne (grodziska, wały, osady obronne itd.) wznoszone dużo wcześniej przez rdzennych mieszkańców tych ziem - Prusów.
Na stronie 225 autor ocenia dotychczasowe opracowania nt. Wolfschanze:
„[...] do dnia dzisiejszego na temat tej kwatery napisano setki prac i przewodników w różnych językach. Jednak tematem tych prac z reguły nie była architektura obronna ani rozwiązania techniczne zastosowane przy budowie tego kompleksu, lecz fakt dokonania w tym miejscu zamachu na Adolfa Hitlera w dniu 20.07.1944.”
Po tak smakowitym wstępie należy oczekiwać szczegółowych opisów, planów, schematów... A tymczasem... autor nie zamieszcza nawet własnego planu kwatery, ani jednego rysunku schronu, ba, nawet nie podaje wymiarów największych obiektów (dezinformuje wręcz co do największego). Najbardziej szczegółowy „opis” jest ogólnikowym cytatem z Alberta Speer’a. Tak jak w owych „setkach prac” czytamy sobie m.in. o restauracji i hotelu, tablicy pamiątkowej i zamachu na Hitlera, stenotypistach itd. Co odróżnia dzieło Wojciecha Rużewicza od „setek prac”, to informacje o schronach w mniej uczęszczanej części kwatery na południe o toru kolejowego – strefy II i III. Ta część „przewodnika” pomija je całkowitym milczeniem!
<
Niestety, jak łatwo zauważyć, fortyfikacje nowożytne Prus Wschodnich nadal czekają na swego prawdziwego odkrywcę, podobnie jak kiedyś Troja...
A omówionej pracy wystawić można 2+
Jerzy Sadowski

Włosy za bardzo odstają
Krzysztof siedział z żoną przy śniadaniu. Że są pół roku po rozwodzie, dowiedział się między jedną kanapką a drugą.
Polak w urzędzie jest zagubiony niczym bohater "Lost". Gwiazdy tego amerykańskiego serialu rozbiły się w katastrofie lotniczej na bezludnej wyspie i nijak nie mogą się z niej wydostać.
Polacy wylądowali w skrępowanych biurokratyczną rutyną urzędach i rozbijają się o prawne rafy. Taki obraz wyłania się z listów, które do nas piszą czytelnicy. 8 stycznia zaapelowaliśmy: "Natrafiłeś na przepisy, które doprowadziły cię na skraj załamania nerwowego, a twoi znajomi przez nie osiwieli? Napisz o tym". Przyszło ponad półtora tysiąca odpowiedzi. Co nas wkurza? Wszystko. Witamy w Polsce.
Gabaryt B jest droższy
- W Polsce życie jest po prostu trudne. Tak zwyczajnie - mówi 31-letnia Ewelina, która pracuje pod Londynem jako magazynier. Wyjechała trzy lata temu. Nie chce wracać.
- Chodzi o proste sprawy. W Polsce idziesz do urzędu i widzisz paprotkę, popielniczkę i biurwę, która ma cię w d... Na Wyspach urzędnik jest po to, aby ci pomóc. Nie łapiesz czegoś? Wyjaśni. Chcesz załatwić jakiś papier? Dostajesz go od ręki - mówi Ewelina.
Naszym czytelnikom życie utrudnia służba zdrowia, poczta, ZUS, sąd.
***
Służba zdrowia, bo jest chamska.
Nathanael (z hebrajskiego "dar Boży") po 50 latach wrócił do Polski z USA. Po paru dniach dostał biegunki. Zadzwonił na pogotowie o 18. "Zaczęli wykręcać się na tysiące sposobów. Raz mówili, żeby czekać, drugi raz, że nie, żeby brać taksówkę. Po czterech i pół godzinie znowu zawołałem karetkę. Przyjechali z łaską - pisze czytelnik. - Przez te cztery godziny mogli spowodować moją śmierć. Jak przyjechali, zachowywali się po chamsku, nie odpowiadali na pytania. Lekarka w szpitalu wrzeszczała na całe gardło, mimo że mówiłem jej, że tego nie wolno robić" - twierdzi Nathanael.
***
Poczta, bo jest niekonsekwentna.
To opowieść Mola Książkowego: "Od 1 stycznia 2008 r. cena przesyłki poleconej uzależniona została od wielkości. Wcześniej było od wagi. Mierzenie jednak odbywa się na oko, ewentualnie kawałkiem starej linijki lub centymetrem rozdawanym w markecie budowlanym. Prowadzę małą księgarnię wysyłkową, efekt jest taki, że za taką samą książkę wysłaną na różnych pocztach raz płacę za tzw. gabaryt A (tańszy), raz za gabaryt B (droższy). Wczoraj przeprowadziłem w Poznaniu eksperyment: na pięciu pocztach wysłałem taką samą książkę, tak samo spakowaną. Dwa razy zapłaciłem taniej, trzy razy drożej" - pisze Mól.
Kochanie, już nie jesteś moim mężem
PKP, bo robi z człowieka wariata.
Pan Henryk ma 74 lata i jest kolejarzem emerytem. - Ale nie jest tak łatwo. Aby otrzymać znaczek uprawniający do ulgowych przejazdów, muszę co roku składać podanie do ZUS o zaświadczenie potwierdzające, że jestem emerytem. Żeby uzyskać takie zaświadczenie, trzeba odstać dwie godziny w ZUS, a potem tydzień na nie czekać. Dopiero na podstawie tego dokumentu PKP pozwala mi wykupić znaczek na ulgowe przejazdy. To absurd! - złości się.
***
ZUS, bo wysyła listy nie wiadomo po co.
"Wypełniałam kiedyś comiesięczną deklarację do ZUS - pisze pani Katarzyna. - Zapomniałam o wpisaniu imienia. Niedługo potem dostałam list zaadresowany do Katarzyny P., czyli do mnie. Wzywał mnie do złożenia korekty deklaracji, z racji niemożności identyfikacji płatnika. Skąd więc wiedzieli, jak mam na imię, i jak mnie znaleźli? Przestałam wysyłać te deklaracje i mam święty spokój" - pisze czytelniczka.
***
Zaufania nie budzą też sądy. "To miała być normalna niedziela" - pisze pan Krzysztof.
Nic nie zapowiadało burzy. On jak zwykle zasiadł do porannego śniadania. Ona, jego żona Ewa, tryskała humorem. Jemu też udzielił się dobry nastrój. Do czasu, kiedy między jedną a drugą kanapką dowiedział się, że rozwiodła się z nim pół roku wcześniej. Po 16 latach małżeństwa. Rozwód był z orzeczeniem winy. Jego winy.
Pan Krzysztof osłupiał. Może w ostatnim czasie trudno było nazwać ich związek sielanką, ale też nie widział powodów do niepokoju. Mieszkali ze sobą normalnie, co miesiąc łożył na utrzymanie domu i rodziny. Sąd przyznał żonie, byłej żonie, opiekę nad 15-letnim synem. Pana Krzysztofa zobowiązał do płacenia alimentów - 1200 zł miesięcznie. Była żona uprzedziła byłego już męża, aby ten nie był zaskoczony, kiedy zgłosi się do niego komornik po zaległe alimenty i koszty sądowe z odsetkami. Razem około 8 tys. zł.
Co się stało? Pan Krzysztof, z zawodu prawnik, postanowił to ustalić. Poszedł do sądu, miesiąc czekał na odszukanie akt sprawy. Okazało się, że wyrok był zaoczny. Nie musiał być obecny na rozprawie, pod warunkiem że prawidłowo został o niej powiadomiony.
"Powiadomienia z sądu ktoś wyjmował ze skrzynki. Kto? Nie wiem. Ale żona zawsze pierwsza przychodziła do domu po pracy" - pisze Krzysztof.
"PRL, komunizm i kontrola obywatela"
Czemu urzędnikom tak bardzo się nie chce? Dlaczego nieustannie utrudniają innym życie?
Są sfrustrowani, bo mało zarabiają. Ale nie tylko. - Niedawno przeprowadziłem badania: odpytywałem urzędników w czterech ministerstwach, jak wygląda u nich praca - opowiada Jeremi Mordasewicz z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan".
- Przyznawali wprost: mamy ogromnie dużo osób, które się obijają. Jeden z dyrektorów departamentu w Ministerstwie Finansów przyznał, że chętnie zwolniłby połowę załogi, a pozostałym podniósł pensje, żeby ich zmotywować - twierdzi ekspert. Nie może jednak tego zrobić, bo w państwowych urzędach nie można dowolnie żonglować pensjami. - A to jest przecież podstawowa zasada prywatnego biznesu: mniejszy zespół, ale lepiej opłacany, zrobi więcej niż duży zespół z niskimi zarobkami - opowiada Mordasewicz.
Urzędnikom gnębienie obywatela ułatwiają nieżyciowe przepisy. - Ja powiem, jak to jest. W Polsce po prostu marnuje się energię życiową ludzi na bzdety. O! - twierdzi czytelnik Krzysiek.
***
Bzdet numer jeden to jego zdaniem zameldowanie. Zgodnie z prawem Polak, nawet jak pojedzie samochodem na długi weekend, powinien na miejscu odwiedzić urząd miasta i poinformować: "Tu jestem, matko ojczyzno!". - Jeżeli przebywa się pod jednym adresem przez trzy doby, to przed upływem czwartej muszę się tam zameldować na pobyt stały lub czasowy. Co więcej, gdybym chciał wypełnić to zgłoszenie, okaże się, że muszę się urzędnikom wyspowiadać z mojego stanu cywilnego, a nawet wykształcenia - wścieka się Krzysiek. - Przecież to czysty PRL, komunizm i kontrola obywatela. I nie pociesza go zapowiedź premiera Donalda Tuska, że obowiązek meldunku zniesie jeszcze w tym roku. - Uwierzę, jak zobaczę - zastrzega.
Takich bzdetów czytelnicy pokazują mnóstwo.
***
Choćby zdjęcia do paszportów. "Robię zdjęcie wedle urzędowych wymogów - pisze Asia. - Pani w okienku nie pasuje zdjęcie, bo się nie zgadza o 2 milimetry. Wracam do foto, który lekko już spocony mówi, że tak jest często. Robimy kolejną fotkę, nanosząc zmiany. Wracam, kolejka, pani wyciąga linijkę i mierzy. Złe, bo odstają włosy i wychodzą poza teren dozwolony. Zmieniam fotografa, na bardziej doświadczonego. Przygotowany też wyciąga linijkę. Robimy, wracam, kolejka, pani wyciąga swoją linijkę i mierzy. Kręci głową. Wzrok skierowany pod złym kątem. Pytam, jak, do cholery, mam sprostać tym fanaberiom? A ona na to, żeby iść do ich fotografa za filarem. Trochę droższy, ale za to robi piękne zdjęcia. I nawet linijka jest zbędna...".
Poseł radzi otruć
Bzdetem według Anny są pozwolenia na wycięcie drzew, które się samemu zasadziło.
"Moja mama lat temu czterdzieści posądziła w ogródku drzewko iglaste - pisze. - Miało wtedy kilku centymetrów. Dzisiaj jest drzewem dwudziestometrowym. Tylko wydział ochrony środowiska może mi łaskawie udzielić pozwolenia na jego ścięcie. Do tego wszystkiego ja muszę jeszcze za to pozwolenie zapłacić! Próbowałam w poprzedniej kadencji Sejmu zainteresować sprawą pewnego pana posła. Poradził, żebym drzewo otruła, bo przecież tyle środków chemicznych jest na rynku...".
***
Bzdetem są niektóre zezwolenia. Pan Czarek dziwi się, że aby zapisać się do związku sportowego, trzeba mieć zaświadczenie od lekarza sportowego. "Niezależnie od tego, jaką dyscyplinę sportu się uprawia. Obowiązkowe badania wymagane są więc także od brydżystów, szachistów czy modelarzy" - pisze Czarek.
***
Ultrabzdetem dla Gregora są problemy z motorowerem, którego dostał, a nie ma. - Przyjąłem spadek po babci. W testamencie wpisany był motorower Romet, który nie istnieje. Nie było go w domu ani garażu. Może został skradziony, może się rozsypał ze starości? Nie da się go wyrejestrować: nie został ani zezłomowany, ani skradziony czy sprzedany. A od niewyrejestrowanego pojazdu muszę płacić składki OC. Naczelnik wydziału urzędu miasta nie potrafił pomóc, zaproponował napisanie do ministerstwa - rozkłada ręce Gregor.
Skąd biorą się buble? Może z tego, że jest za wiele przepisów. Tylko przez styczeń tego roku powstały 152 nowe akty prawne. W ubiegłym roku rząd i parlament wyprodukowały w sumie 1887 rozporządzeń i ustaw. W 2006 - 1859, a w 2005 - aż 2260.
- Jeśli nowych przepisów pojawia się po kilka tysięcy rocznie, to nawet specjaliści mają problem, aby się w nich połapać - twierdzi dr hab. Monika Płatek z wydziału prawa Uniwersytetu Warszawskiego.
Na początku stycznia "Gazeta" uruchomiła stronę internetową, na której czytelnicy mogą zgłaszać absurdy prawne. Ich likwidacją mają się zająć Ministerstwo Gospodarki oraz sejmowa komisja "Przyjazne państwo".
Piotr Miączyński, Leszek Kostrzewski
- Jak długo jest Pan dyrektorem programowym galerii "Kronika"?
- Funkcję dyrektora programowego pełnię od ponownego otwarcia tej instytucji po remoncie, czyli od marca 2006 roku. Pojawiła się wówczas bardzo nagląca potrzeba wskazania osoby, odpowiedzialnej za funkcje reprezentacyjne, która nie tylko będzie niejako sygnować wybory programowe instytucji - głównie ze względu na zintensyfikowanie naszych kontaktów zagranicznych. Kronika jest instytucją, które współpracuje z licznymi galeriami, muzeami i fundacjami, działamy na dosyć szerokim polu. Osoba, która pełni funkcję dyrektora programowego reprezentuje więc instytucję na spotkaniach, konferencjach, sympozjach w kraju i za granicą. W czerwcu będę prezentował Kroniki np. na bardzo prestiżowej konferencji (jury wyselekcjonowało tylko 20 instytucji z całego świata) we włoskim Bergamo. Dokonuję selekcji artystów, projektów, partnerów instytucjonalnych. Pracuję też z bezpośrednio z artystami, jako kurator ich wystaw, pisze teksty etc.
- Na ile i w jakim stopniu jest Pan związany z Bytomiem i z jego mieszkańcami?
- Wyczuwam w tym pytaniu nieufność do "obcego". Uważam, że w przypadku instytucji sztuki współczesnej optymalnie jest, gdy kierują nią ktoś z zewnątrz (zagranicą jest często obcokrajowiec jak polski dyrektor Kunstahalle w Bazylei, Adam Szymczyk), o odmiennym doświadczeniu i spojrzeniu. Wyzbyty rutyny w patrzeniu na własne miasto. Ale wracając do Pani pytania: z Bytomiem jestem związany kilkuletnią pracą na rzecz tego miejsca, projektami które były próbą analizy jego specyfiki, ludźmi z którymi współpracuje i spotykam się etc.
Jestem gliwiczaninem, tak więc znam dobrze specyfikę Górnego Śląska i jego problemy, ale muszę przyznać, że Bytom jest dla mnie takim "dzieckiem specjalnej troski". Może od razu zaznaczę, że moja działalność nie ogranicza się do tego miasta, jestem związany z różnymi instytucjami, przedsięwzięciami spoza Śląska. Przez ostatnie lata współpracowałem intensywnie np. z Fundacją Galerii Foksal z Warszawy czy Büro Kopernikus przy Kulturstiftung des Bundes (Niemiecka Federalna Fundacja Kultury - szat.). Ta ostatnia instytucja była rodzajem platformy wymiany kulturalnej dla instytucji wyselekcjonowanych przez grupę specjalistów z Polski i Niemiec. Wiązało się to z dosyć pokaźnym, jak na polskie realia, dofinansowaniem ze strony Niemieckiej Federacji Kultury naszych trzech polsko-niemieckich projektów. Miało też niebagatelny wymiar promocyjny - może nie wszyscy miłośnicy sztuki z Berlina dowiedzieli się gdzie na mapie leży Bytom, ale wielu z nich dowiedziało się, że jest tam Kronika ;) W tym roku najważniejsza jest dla mnie jednak praca nad polskim udziałem w Biennale Sztuki w Wenecji. Wygranie konkursu na ten projekt to nie tylko prestiż ale i ogromna odpowiedzialność. To bardzo specyficzny okres, dzielenie czasu między projektem weneckim a przedsięwzięciami bytomskimi, co jest jednak dosyć kosmicznym połączeniem. Praca w różnych miejscach, miastach, różnymi ludźmi pozwala mi zachować zdrowy dystans - to rodzaj takiej "higieny mentalnej", odskoczni od tutejszych depresji i frustracji. Bytom jest miejscem mocno poranionym historycznie i ekonomicznie. Ale wydaje mi się, że wbrew tym wszystkim trudnościom, miastu temu można pomóc właśnie poprzez działalność kulturalną. Ten model sprawdził się już w tylu przypadkach (wyświechtany przypadek Bilbao), że opowiadanie o zbawczym wpływie progresywnej kultury na rozwój ekonomiczny jest powtarzaniem truizmów. To co mnie napawa optymizmem, to poglądy obecnego prezydenta Pana Piotra Koja, który podkreśla, że Bytom powinien stać się miastem kultury i nauki. To jest spójne z naszym myśleniem o sposobach promowania tego miasta. Myślę, że Bytom posiada pewien symboliczny kapitał, który należy rozwijać, kultywować, ale także stymulować i prowokować. My robimy to poprzez działania wykraczające poza paradygmat tzw. białego sześcianu, czyli takie modernistyczne myślenie o przestrzeni galeryjnej, instytucji sztuki. Ktoś kiedyś powiedział o Kronice, że jest to świetna instytucja, ale niewłaściwie ulokowana. A ja myślę, że nie ma gorszych i lepszych miejsc dla sztuki. Jest tylko bardziej i mniej świadome podejście do tego jaką pełnić one mogą funkcję w trosce o rozwój miasta. Warto spojrzeć na Bytom świeżym okiem, to działa stymulująco. Posłużę się przykładem. W ramach organizowanego przez nas i centrum sztuki Kunstverein Wolfsburg międzynarodowego projektu Elektropopklub, mieszczącego się przez 5 tygodni na parterze Muzeum Górnośląskiego (było to miejsce wystaw, spotkań, tańca, warsztatów, czyli w zasadzie tego, co robimy obecnie: multidyscyplinarnego i szerokiego spojrzenia na sztukę współczesną) gościliśmy m.in. DJ Cowboy Mark'a z Nowego Yorku. Powiedział nam, że czuje się w Bytomiu jak w Detroit! Czyli przywołał pewną kliszę odnoszącą się do faz w rozwoju urbanistycznym miast np. syndromu "shrinking city". Z jednej strony mamy tutaj do czynienia ze zjawiskiem zapadania się miast od środka, od centrum, z drugiej są to miasta o bardzo ciekawym potencjale kulturotwórczym. To właśnie w rozpadającym się Detroit nastąpiła erupcja techno, jako stylu muzycznego i trendu kulturowego. Postindustrialne dekoracje znakomicie sprzyjają rozwojowi progresywnej kultury, pod każdą szerokością geograficzną. (Foto 01)
- W związku z tym widzę, że ma Pan plany na dłuższą walkę o Bytom i o spojrzenie na to miasto?
- Zdecydowanie tak. Myślę, że ta nasze zabiegania o bardziej progresywny image miasta, jest kontynuacją różnych przedsięwzięć kulturalnych który miały tutaj wcześniej miejsce. Wystarczy przyjrzeć się temu czym była Kronika do 1998 roku, jak silną pozycję zajmowała wówczas na mapie polskiej sztuki (dopóki nie postanowiono ją przekształcić na kilka lat w prowincjonalną galerię w duchu BWA z czasów PRL-owskich), jak istotna dla regionu jest renoma Śląskiego Teatru Tańca, ilu znakomitych muzyków nu-jazzowych i elektronicznych przewinęło sie przez Jazz Club Fantom etc. Przyjrzymy się wybitnej kolekcji sztuki współczesnej Muzeum Górnośląskiego (tak na marginesie warto zauważyć, że wiele z artystów, którzy znaleźli się kolekcji MG współpracuje też z Kroniką: Grzegorz Sztwiertnia, Marzena Nowak, Wilhelm Sasnal, Jadwiga Sawicka, Ryszard Górecki etc.). (Foto 02)
Odkryłem kilka lat temu, że to miasto jest o niebo ciekawsze niż na przykład niż Gliwice, z których się wywodzę. I to mimo całego bagażu problemów ekonomicznych. "Wskaźnik nudy" jest tutaj nieporównywalnie mniejszy niż w wielu miastach ościennych.
Pani zadała bardzo istotne pytanie - nasze strategie mogą być nie rozumiane z powodu braku umiejętności myślenia długofalowego. Myśli się o doraźnych potrzebach, szybkich, powierzchownych działaniach. Pytano nas się np. po co organizujemy program rezydencyjny dla artystów i kuratorów z innych miast i krajów? A my robimy zwyczajnie zdajemy sobie sprawę ze skuteczności tego typu działań w dłuższej perspektywie. Czy ktoś kwestionuje budowanie autostrad i remont stadionów przed zorganizowaniem mundialu? Wiadomo, że nowoczesna instytucja sztuki musi podejmować różne działania aby osiągnąć cele do których zmierza, i nie zawsze są one od razu rozumiane.
- Jeżeli Pan pozwoli nawiążę do rezydencji w kolejnych pytaniach. Mam pytanie dotyczące odbiorcy lokalnego. Czy zdążył Pan już rozpoznać gusta i oczekiwania bytomian w zakresie kultury, z jaką chcieliby obcować, w niej uczestniczyć?
- Kronika jest galerią miejską, a więc jej działalność wiąże się z misją pełnioną na rzecz mieszkańców - jak najszerszej ich grupy, stąd działalność edukacyjna, multidyscyplinarne przedsięwzięcia. Należy traktować Kronikę jako rodzaj eksperymentu mentalnego, kulturowego. Takie instytucje jak nasza nie są niczym szczególnym ani wyjątkowym w Europie, ba, stanowią część "naturalnego krajobrazu" współczesnych miast. My staramy się czerpać z jak najlepszych wzorców europejskich. Proces rozpoznawania gustów i preferencji publiczności toczy się na co dzień, na naszych oczach. Jakiekolwiek ankiety i sondaże potwierdzą jednak fakt, że publiczności zależy przede wszystkim na kontakcie ze znanymi artystami z zewnątrz. Dotyczy to i muzyki, i sztuk plastycznych, teatru. Teraz spójrzmy na taką instytucję jak nasza - która chce świadomie zakreślić swój profil. Komu ona tak naprawdę służy, co jest celem jej działania i jaki jest "target"? Stajemy więc przed fundamentalnym dylematem: czy służymy szeroko pojętej publiczności też czy zawsze dużo mniejszemu, węższemu gronu artystów, którzy tutaj się urodzili i tu tworzą? My zdecydowaliśmy, że chcemy służyć przede wszystkim publiczności, dlatego przy naszych wyborach programowych miejsca urodzenia artysty jest czymś drugorzędnym. Moje wybory programowe polegają na osobistych preferencjach i intuicjach, opinii fachowców z którymi współpracuje, lekturze pism specjalistycznych i częstych podróżach pozwalających na bezpośredni kontakt z działami sztuki i artystami. Reasumując: artysta bytomski nie jest więc w ani gorszej, ani w lepszej sytuacji niż jakikolwiek inny. Nam zależy na nawiązaniu z artystami dialogu, który nie jest sumą monologów, na pewno nie opartych na pozycjach roszczeniowych (ani z jednej ani z drugiej strony). Jesteśmy instytucją, która jest skora do współpracy, otwarta na śmiałe pomysły, nowatorstwo. Według przyjętych przeze nas założeń Kronika jest instytucją, która bada zależności między teorią i praktyką artystyczną w sztuce współczesnej, a tym, co się dzieje we współczesnej architekturze, designie, w muzyce eksperymentalnej. Czyli jest jednostką eksperymentalną, gdzie zderzają się różne dyscypliny i postawy. Mamy np. bardzo rozbudowany program związany z literaturą. Myślimy dużo o przyszłości, o futuryzmie instytucji sztuki, ale czerpiemy też z tradycji - w naszym przypadku ma związek głównie z intensywnym zainteresowaniem praktykami konceptualnymi z lat 60-tych i 70-tych. Konceptualizm, wraz z dematerializacją dzieła artystycznego, praktykami pozainstytucjonalnymi jest bardzo istotnym dziedzictwem intelektualnym, w Polsce został jeszcze niedostateczne przepracowany.
Wydaje się, że jesteśmy instytucją, która jest najbardziej lubiana przez młodą publiczność, która jest otwarta na innowacje, nowe stymulacje intelektualne. Ale mamy nadzieje, że rozpiętość wiekowa naszych działań będzie się stale i systematycznie rozszerzać. Zwróciłbym w tym miejscu uwagę na związany z tym zagadnieniem temat naszej "widoczności" w mediach. Jako jedna z niewielu instytucji na Śląsku możemy się poszczycić tak intensywnym zainteresowaniem mediów w całej Polsce. Często także z zagranicy, np. obecnie pokazywaną wystawę Piotra Jarosa przyjechał recenzować dziennikarz z Frankfurter Allgemeine Zeitung. Zainteresował go analizowany przez nas problem dziedzictwa niemieckiej architektury w Polsce.
- Jakim powodzeniem wśród mieszkańców cieszą się propozycje "Kroniki", ilu z nich statystycznie odwiedziło to miejsce w czasie, w którym Pan nią kieruje i jakie opinie wyrażali do tej pory o samej "Kronice" oraz o prezentowanych w niej ekspozycjach, instalacjach, słowem o proponowanym im programie?
- Prowadzimy bardzo skrupulatne statystyki i są one ogólnie dostępne dla wszystkich zainteresowanych w naszym biurze. Przeważająca część publiczności bardzo nas ceni, mamy grupę widzów, która jest w stanie pokonać kilkadziesiąt czy nawet kilkaset kilometrów, żeby przyjechać na organizowane przez nas projekty. Mamy bardzo wierną grupę widzów z Warszawy, Krakowa, Cieszyna. Jeśli chciałaby Pani poznać opinie o naszej działalności, to odsyłam również do prasy specjalistycznej, ale także też do prasy codziennej. Warto przyjrzeć się choćby ostatnim tekstom w "Obiegu", "Dzienniku ", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Wyborczej"," Tygodniku Powszechnym" czy "Czasie Kultury". Zachęcam także do sięganie po media zagraniczne np. ostatni numer niemieckiego "Art Investor" (gdzie o Kronice piszę się jako o jednej z najważniejszych instytucji sztuki w Polsce) czy opublikowanej właśnie w Budapeszcie książki "Art in Space", gdzie naszej galerii poświęcono cały rozdział. Ale wracając do Bytomia, nasza publiczność bierze też udział w licznych przedsięwzięciach nie mających charakteru wystawienniczego - w rodzinnych warsztatach czy koncertach i spotkaniach literackich. Poznają nasze działania poprzez wydawnictwa, pozainstytucjonalne projekty (w tej chwili w wiedeńskim MuseumQuartiers). Obecność widzów na naszych wystawach rozumiem jako akceptację naszych działań, nie posądzam naszej publiczności o skłonności masochistyczne :).
- Rozumiem, że te opinie będą pochlebne, ale chcę zapytać o taką rzecz: tego młodego odbiorcy, czyli pokolenia 20-sto, 30-stolatków, którzy mogą odbierać inaczej, bardziej entuzjastycznie i powracają tutaj, ale pewnie są również i widzowie czy chociażby sporadycznie odwiedzający to miejsce starszego pokolenia. Jak oni reagują na to, co widzą? Ile jest tych opinii pozytywnych, a ile negatywnych, jeśli takie są?
- Przyznam, że nie spotykam się z zbyt często z bezpośrednimi opiniami negatywnymi. Jeżeli już to ludzie wolą pisać negatywnie o naszej działalności anonimowo, gdzieś wstydliwie i z zawiścią na forach internetowych, w wysłanym z anonimowej skrzynki e-mailu. Jeśli czują się po tym lepiej to bardzo się cieszę, gorzej że te opinie ujawniają brak podstawowej wiedzy na temat naszej działalności. Jeśli ktoś czerpie informacje tylko z jednego źródła - Życia Bytomskiego, to może rzeczywiście wyrobić sobie opinię, że przychodząc do Kroniki będzie miał do czynienia z ogniskiem ideologicznej zarazy i rozprężenia moralnego. Jeżeli jednak taka osoba, zaintrygowana negatywnym PR-em, przyjdzie do galerii, to co zobaczy? Zobaczy jedną z naszych wystaw i pewnie będzie srodze rozczarowana. No bo gdzie te skandale? Gdzie kontrowersje? Nasze działania mogą się wydać przede niektórym odbiorcom niezrozumiałe, ale od tego są nasze działania edukacyjne, działania wydawnicze, warsztaty, działania dla zróżnicowanych grup wiekowych. Od wycieczek szkolnych po Uniwersytet Trzeciego Wieku, z którym nawiązaliśmy kontakty na początku tego roku. Osoby, którym jest nie na rękę nasza działalność zapraszam do otwartej dyskusji, ku czemu jest mnóstwo okazji. Często organizujemy dyskusje panelowe, czego przykładem był chociażby wieczór w sobotę (14.04.) o krytyce artystycznej, ale też o napięciach, które są właśnie pomiędzy środowiskami lokalnymi, a instytucjami sztuki. Pojawiło się tutaj grono specjalistów z kilku ośrodków, nie tylko ze Śląska. Mieliśmy gości m.in. z Warszawy i z Krakowa, była to dyskusja otwarta dla publiczności. Czekaliśmy na jakieś głosy krytyki, ale ta nie nastąpiła. Można mieć zarzuty, można kogoś ganić i pouczać, ale w dobrym tonie jest też wysłuchanie argumentów drugiej strony. W Życiu Bytomskim nigdy nie dano nam dojść do głosu. Za każdym razem, kiedy pojawiały się tam teksty na nasz temat wysyłaliśmy sprostowania, punktujące błędy i nieprawdziwe informacje, ale one nigdy nie były publikowane. Czytelnik nie miał możliwości dotarcia do argumentów drugiej strony.
- Pojawiły się sprostowania w "Życiu Bytomskim"z 16.04.
- Przyznam, że już jakiś czas temu przestałem czytać to pismo, ale słyszałem że rzeczywiście pojawiły się tam ostatnio dwa sprostowania, za to opatrzone cynicznymi odautorskimi komentarzami na tej samej stronie. Wszystko wskazuje na to, że doszło tam więc do złamania prawa prasowego. To jest temat na osobną dyskusję, kwestia przekraczania etyki dziennikarskiej. Nie chodzi o przerzucanie się oskarżeniami, ale o pewną etykę dystrybuowania informacji, o którą postuluję. Chodzi też o klasę.
- Dobrze. Wróćmy do sztuki, tej prezentowanej tutaj w galerii. Ja nie chciałabym mówić o gustach odbiorców, bo to jest rzecz bardzo subiektywna każdego odbiorcy i to, co dla jednego będzie dziełem sztuki, przez kogoś innego może zostać uznane za zwykły bohomaz, czy bałagan, ale chciałabym zapytać Pana o coś innego. Czy zgodzi się Pan z opinią, że przynajmniej część programu "Kroniki" można by uznać za sztukę trudną, niezrozumiałą, kontrowersyjną, może nawet bulwersującą, mogącą nawet obrazić czyjeś uczucia religijne, jak chociażby fotomontaż przedstawiający obciętą, czy urwaną głowę homoseksualnego piosenkarza, trzymaną w dłoni przez Papieża (zbiegło się to wtedy w terminie wizyty Ojca Świętego w Polsce), czy promocja podobnie kontrowersyjnej książki Artura Żmijewskiego "Drżące ciała"?
- To ciekawe, że jednym ciągiem wymienia Pani właśnie takie przymiotniki: trudne, niezrozumiałe, kontrowersyjne, bulwersujące. "Trudne" ma być pojęciem pejoratywnym? Prezentowana w Kronice sztuka zazwyczaj jest trudna. Zabiegamy o to by taka była, o to by stanowiła intelektualne wyzwanie. Na pewno dalecy jesteśmy od schlebiania gustom większości, czyli pozycji populistycznej. Nie jesteśmy instytucją komercyjną Dlatego też tak ważna w naszym przypadku jest działalność edukacyjna. Niestety edukacja w szkołach często kończy się na impresjonizmie, i to jest często całe doświadczenie młodych ludzi ze sztuką. Zresztą i tak sztuka traktowana jest po macoszemu, później publiczność nie ma żadnych narzędzi, aby ją rozkodować, interpretować, włączyć do swojego intelektualnego doświadczenia. Ludzie są w jakiś sposób zablokowani, zniewoleni mentalnie. Bardzo ciekawym doświadczeniem były dla nas warsztaty rodzinne prowadzone przez profesora Grzegorza Sztwiertni z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dzieci nie zajmowały się malowaniem pięknych obrazków i pejzaży, jak to zwykle na takich warsztatach bywa, ale odtwarzaniem klasycznych działań i gestów performerskich z lat 70. (Vito Acconci, Joseph Beuys, Marina Abramovic, Edward Krasiński, Bruce Nauman etc.). I to, co wydawało się być czymś trudnym, nie do pojęcia przez małego odbiorcę sztuki, okazało się dla niego frajdą. Pojedynczy gest, który wydaje się być dla dorosłej nieprzygotowanej osoby, czymś absurdalnym, jest przedmiotem radości, zabawy, nośnikiem różnych znaczeń, które są w dosyć łatwy sposób odkodowywane przez dziecko. Później gdzieś ta naturalna ciekawość i intuicja jest usypiana, gubi się, rozleniwia. (Foto 03)
Większość naszych działań jest trudna. Jesteśmy instytucją, która w swoich wyborach nie stosuje "klucza przeciętności", wyciągania średniej wśród społecznych gustów. Jeżeli kierowalibyśmy się przy konstruowaniu programu spodziewaną frekwencją, to zaprosilibyśmy np. Michała Wiśniewskiego czy Stachursky&'ego, bo to są artyści, którzy swoimi recitalami mogliby przyciągnąć tłumy do Kroniki. Wracając jednak do innych wymienionych przez Panią przymiotników. Czy nasze działania mogą być nazwane kontrowersyjnymi? Tak, ale w nielicznych przypadkach. Nasza działalność została sprowadzona przez niektórych oponentów do dwóch faktów, tzn. do wyeksponowania plakatu czeskiej grupy Gumy Guar w maju zeszłego roku i do wydania książki Artura Żmijewskiego "Drżące ciała". Podam tutaj cyfrę, która pokaże jak procent naszej działalności te dwa zdarzenia stanowią. Od marca 2006 do marca 2007 przez naszą galerię przewinęła się liczba 167 artystów, krytyków, muzyków, designerów, architektów. Mówię tu o wszystkich osobach, które albo pokazały tutaj swoją pracę, albo wygłosiły wykład, albo wzięły udział w konferencji, czy przeprowadziły warsztaty. Plakat Gumy Guar z Benedyktem XVI mógłby być tematem naszej osobnej wielogodzinnej dyskusji. Należało by tutaj zarysować tło i koncept samej wystawy. Zapytać: w jakim kontekście został ten plakat pokazany? Na jak długo został pokazany? Dlaczego został ściągnięty? Przez kogo został ściągnięty?
- Został zapamiętany ...
- ... przez niektóre osoby został zapamiętany, ale ci którzy na poważnie zajmują się sztuką współczesną pamiętają raczej o fantastycznych, pierwszy raz prezentowanych w Polsce, pracach Seana Snydera, czy Antoine Pruma, które były wtedy również częścią "Bad News". Mało kto wspomina o samym plakacie, który był pokazany przez 2 godziny na koncercie przy otwarciu wystawy. Może należy przypomnieć, że ten plakat został ściągnięty przed jeszcze jakimikolwiek reakcjami ze strony lokalnych mediów. Kuratorki wystawy nie znały wcześniej tej pracy, pokazano ją kilka godzin przed wystawą, Czesi grozili wtedy wycofaniem się z wystawy. Historia jest bardzo skomplikowana, odsyłam do tekstów na ten temat, a zwłaszcza do książki "Bad News" - o relacjach sztuki współczesnej i mediów, którą opublikowaliśmy w zeszłym roku. Jeśli zaś chodzi o Artura Żmijewskiego i jego książkę "Drżące ciała", to muszę przyznać, że jestem bardzo dumny z tej publikacji! Cieszę się, że artysta tej klasy zdecydował się na współpracę z nami (zresztą przy dotacji finansowej z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które uznało tą książkę za istotną pozycję akademicką - dzięki tej dotacji mogliśmy w ogóle ją wydać). Publikacja spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem ze strony mediów. Już dawno żadna książka o sztuce nie doczekała się tylu obszernych, pochlebnych recenzji. W "Dzienniku" poświęcono tej książce 1,5 strony w najchętniej kupowanym wydaniu piątkowym, przyznając jej 6 gwiazdek, czyli uznając ją za dzieło wybitne. Bardzo ciekawa, wnikliwa recenzja ukazała się właśnie w "Tygodniku Powszechnym", wcześniej pisano z entuzjazmem o niej w "Polityce", "Gazecie Wyborczej", "Rzeczpospolitej", nie mówiąc już o magazynach artystycznych i internetowych. Były też omówienia telewizyjne i radiowe. Zatacza też coraz szersze kręgi akademicka dyskusję wokół tej książki i dyskusja wokół spuścizny tzw. sztuki krytycznej latach 90.
- Co było powodem, że zdecydował się Pan wydać akurat tą książkę? Traf, czy przeczucie, że przyciągnie ona ludzi?
- To było oczywiste, że mamy do czynienia z niezwykle interesującym materiałem. Ale nie przewidywałem aż takiego zainteresowania, książka zniknęła z półek księgarni w bardzo szybkim tempie.
- Książka przyciągnęła krytyków, a za krytykami przyszli tutaj ludzie. Przeczuwał Pan, że właśnie przyciągnie krytyków, a za nimi przyjdą ludzie i pomyślał Pan: O, to będzie właśnie to?
- Nie, nie kierowały mną jakieś względy marketingowe, raczej merytoryczne. Istniała luka na rynku wydawniczym poświęconym sztuce. Formacja intelektualna, jaką byli scena artystów krytycznych w jakiś sposób wyczerpała się, niewątpliwie uległa przewartościowaniu i na scenę sztuki współczesnej weszło już zupełnie inne pokolenie artystów. Na pewno już nie tak radykalnych, ani zainteresowanych tak intensywną analizą rzeczywistości społeczno-politycznej. Po transformacji ustrojowej w 1989 roku w kulturze polskiej wydarzyło się istotne zjawisko i nie zostało ono właściwie udokumentowane. Brakowało nam jednej publikacji, po którą może sięgnąć student ASP i dowiedzieć się: co takiego zrobiła Katarzyna Kozyra? Kim był Paweł Althamer? Dlaczego ich prace trafiają obecnie do najlepszych kolekcji na świecie? Dlaczego kolekcjonerzy płacą dziesiątki tysięcy euro za prace artystów, którzy w latach 90. w Polsce osądzani byli od czci i wiary? Dlaczego Althamer dostał holenderską nagrodę Vincenta, najważniejszą nagrodą dla młodego artysty w Europie? O co chodzi tak naprawdę z doświadczeniem sztuki krytycznej? Czy była to grupa artystów, którzy wypłynęli na fali skandali, kontrowersji, czy mieli coś ważnego do zakomunikowania? Czy kontrowersje w mediach zaszkodziły czy pomogły tej sztuce? Jakie motywacje stały za ich drastyczną sztuką? Nagle okazuje się, że dysponujemy materiałem, w którym można znaleźć te wszystkie odpowiedzi. Jeden ze współtwórców sztuki krytycznej, Artur Żmijewski, latami przeprowadzał wywiady ze swoimi przyjaciółmi. Bardzo osobiste, prowokacyjne, czasem szokujące. Docierał do sedna tej sztuki jako współuczestnik, jako współwinny. Mamy rok 2007, wszystkie te radykalne prace znajdują się w różnych kolekcjach na całym świecie, i wydawałoby się, że temat sztuki krytyczny już ma swoje miejsce w annałach najnowszej historii sztuki. Można się już pochylić nad tym zjawiskiem z punktu widzenia badacza. No i odłożyć emocje, towarzyszące powstawaniu tej sztuki w latach 90. na bok. Okazuje się, że wciąż stanowi ona materiał wybuchowy, że można o niej w nieskończoność dyskutować. Trudno mi nie cieszyć się z tego, że jesteśmy wydawcami tej ważnej i głośnej publikacji.
Ze Żmijewskim współpracowałem już wcześniej, przeprowadziłem z nim w ostatnich latach kilka wywiadów, pisałem teksty o jego sztuce do katalogów i książek. Także tym razem, książkę "Drżące ciała" otwiera nasza rozmowa, zamieniamy się rolami, teraz to on jest tym "przesłuchiwanym". Przypomnę jeszcze, że w 2003 roku w Kronice odbyła się wystawa "Lekcja śpiewu" Żmijewskiego. To były dwa monumentalne filmy, składające się na jedno z najtrudniejszych i najbardziej poruszających przedsięwzięć artystycznych ostatnich lat. Filmy zrealizowane zostały z udziałem głuchoniemej młodzieży, która nie mając żadnego pojęcia o tym czym jest dźwięk i śpiew, wykonała kantaty J.S.Bacha i "Mszę polską" Jana Maklakiewicza. W kategoriach muzycznych to była oczywiście całkowita porażka, ale miała ona ukryty cel - złamanie naszych wyobrażeń na temat granic, barier, które niepełnosprawni muszą przekroczyć, deficytów. Artysta mówił wtedy o wszechobecnym "terrorze sprawnych", prymacie "normalności", który miażdży Innego.
Dwa lata temu inny film Artura Żmijewskiego "Powtórzenie", prezentowany był na Biennale Sztuki w Wenecji, najważniejszym święcie sztuki na świecie. Na temat jego sztuki wyszła wtedy książka "Co stało się raz, nie stało się nigdy", moim zadaniem było tekstowe opracowanie całej dotychczasowej twórczości tego artysty, co zajęło mi wiele miesięcy pracy, ale pozwoliło na głębsze wejście w istotę jego działań.
- Czyli same, znane wcześniej nazwisko i osoba autora to już był pomysł na to, żeby to tutaj zorganizować?
- Nie tylko jego nazwisko i osobowość, ale i sztuka którą uprawia. Drugi dla mnie istotny argument był taki, że Żmijewski, mimo, że nie jest krytykiem, potrafi z swadą i łatwością poruszać artystyczne niuanse za pomocą słowa pisanego.
- Z góry przepraszam za to pytanie, które teraz zadam, ale sądzę, że powinnam je zadać. Pojawiła się opinia dotycząca Pana osoby, iż im bardziej próbuje Pan wznieść odwiedzających galerię na wyżyny sztuki "z górnej półki", tym więcej zbiera Pan negatywnych opinii i ocen, przez co chciałby się Pan wykreować na męczennika - propagatora sztuki i kultury w naszym zaściankowym Bytomiu, co mogłoby być dla Pana trampoliną do odbicia się Pana w świat tzw. "warszawki", gdzie trafiłby Pan w glorii i chwale, a gloriia i chwała byłaby tym większa, im więcej byłoby negatywnych opinii i ocen. Czy mógłby Pan odnieść się do tej tezy?
- Rozumiem, że nawiązuje Pani do tekstu z "Życia Bytomskiego". Przyznam, że ten fragment wzbudził moje największe zdziwienie, ale też rozbawienie. Po pierwsze, z projektu na projekt Kronika zbiera coraz więcej pozytywnych opinii, oczywiście poza ŻB, ale nie poświęca ono uwagi moim kolejnym przedsięwzięciom tylko wspomnianym dwóm "skandalom"&. Po drugie, w ostatnich latach kilkakrotnie musiałem wybierać pomiędzy pracą w większych (nazwijmy to lepiej ulokowanych geograficznie), ośrodkach a kontynuowaniem eksperymentu bytomskiego. Póki co praca w Bytomiu wydaje mi się bardzo ekscytująca, choć bywa niewdzięczna. Nie wiem jakie wyobrażenia o warszawskim środowisku artystycznym ma redaktor z Życia Bytomskiego, ale zaręczam, że tak jak w innych kręgach swoją pozycję wypracowuje się tam pracą i doświadczeniem. Nie dostaje się pracy za kreowanie za męczennika. Wciskanie mnie w martyrologiczny kostium budzi moje szczere zdziwienie. Bo ja osobiście nie czuję się specjalnie ani umęczony ani bohaterski. Może jedynie przepracowany, ale to już mój świadomy wybór. Nie miałem nawet czasu spostrzec, że nabieram rysów "Siłaczki" :) Mówiąc poważnie - program, który proponuje proponuje w Kronice i pod którymi się podpisuję, nie jest żadną próbą wzbudzenia kontrowersji. Mam zupełnie inne motywacje. Do głowy nie przyszłoby mi, by na podstawie tak słabej taryfy przetargowej, jaką jest kreowanie wizerunku "cierpiącego za miliony" na prowincji, budować karierę. Współpracuję z różnymi instytucjami warszawskimi, jednak ciągle cenię sobie Bytom, jako miejsce ekscytujących możliwości i całkowicie nieprzewidywalne.
- To znaczy, że Bytom jest większym wyzwaniem?
- Zdecydowanie. Przykładem jest nasza współpraca ze Szwajcarską Fundacją Kultury Pro Helvetia, która postanowiła stworzyć międzynarodowy program rezydencyjny w wybranym miejscu w Polsce. I wydawałoby się, że skoro ta fundacja ma siedzibę w Warszawie, to najlogiczniejsze byłoby oczywiście stworzenie takiego programu w stolicy. Ale nie. Wybrano Bytom, bo po pierwsze jest to miasto charakterystyczne, z lokalnym kolorytem, niemal egzotyczne, po drugie: jest tu Kronika, które może taki program koordynować i wykorzystać jego potencjał.
- Ma Pan na myśli promocję Górnego Śląska?
- Tak. To promowanie regionu Górnego Śląska, ale też budowanie sieci kooperacyjnej między instytucjami, stymulowanie pracy nad nowymi projektami artystycznymi etc. Są bardzo liczne niematerialne korzyści takich przedsięwzięć.
- Właśnie a' propos tego projektu, dotyczącego umuzealnienia przeszłości, który ma się odbyć do 27 maja br. Opiera się on na tym, że zaprasza się w nim artystów także z zagranicy (Szwajcarii, Macedonii, Indii i Warszawy). Sam obszerny program zawiera dyskusje panelowe, wykłady, pokazy filmowe, wycieczki rowerowe z przewodnikiem po terenach poprzemysłowych Górnego Śląska, warsztaty, czy imprezy disco z gotowaniem curry, no i opiera się ten program na pobytach rezydencyjnych. Właśnie te pobyty rezydencyjne wzbudzają kontrowersje na tle finansowym. Czy taka forma promocji Bytomia, a zarazem propozycja kulturalna dla mieszkańców nie jest zbyt kosztowna i na ile tego typu programów w ciągu roku "Kronika" może sobie pozwolić?
- Jeśli chcemy by nasze miasto było istotnym ogniwem na mapie ośrodków sztuki w Polsce i Europie, to po prostu musimy intensywnie zajmować się strategiami komunikacyjnymi, wymianą rezydencyjną, uczestnictwem w zagranicznych programach. Kronika jest na szczęście instytucją, która przy skomplikowanych logistycznie i droższych projektach jest w stanie wypracować sobie odpowiednich partnerów instytucjonalnych. Międzynarodowy program rezydencyjny "Live, Survive & Create!" finansowany jest przede wszystkim przez Szwajcarską Fundację Kultury Pro Helvetia. My zajmujemy się logistyczną organizacją ich pobytu oraz kosztami pobytu polskiej uczestniczki programu. Posiadamy w galerii własne pokoje gościnne, co znacznie ułatwia prowadzenie takiego programu. Nasi goście, tym razem to głównie dyrektorzy różnych zagranicznych instytucji i kuratorzy. Przygotowali liczne projekty otwarte dla publiczności: m.in. pierwszy w Polsce pokaz filmów Sharon Lockhart z Los Angeles czy też wystawę Hristiny Ivanoskiej i Yane Calovskiego o zaginionym projekcie architektonicznym Oskara Hansena. Ten ostatni projekt też jest konsekwencją pobytu rezydencyjnego – z Hristiną Ivanoską poznaliśmy się 3 lata temu w Nowym Yorku, będąc stypendystami amerykańskiego Arstlink.Uważam, że jeśli ktoś nie rozumie długofalowego oddziaływania programu rezydencyjnego dla instytucji kultury, to nie ma pojęcia na czym w ogóle polega funkcjonowanie nowoczesnych instytucji sztuki. To jeden z najważniejszych i najlepiej wypróbowanych metod działania galerii i muzeów na świecie, prowadzący do budowania fundamentów międzynarodowej wymiany kulturalnej. W tej chwili rodzi się duży projekt, zainicjowany w Brukseli, po nazwą "Tool Quiz", który ma ułatwiać współprace regionów europejskich, umożliwić im dotarcie do funduszy, grantów, pomóc w logistyce. Jest oparty oczywiście głównie na programach pobytów rezydencyjnych. Na Śląsku, poza Kroniką czy Ars Cameralis, trudno było znaleźć instytucje, które są do tego przygotowane. Należy się zastanowić kto jest więc prawdziwym beneficjentem programu rezydencyjnego. Nie tylko instytucje, nie tylko publiczność, ale także całe miasto. Długofalowo buduje się sieć osobistych, bezpośrednich kontaktów z różnymi instytucjami, artystów na całym świecie. W Kronice nie zajmujemy się tylko i wyłącznie wystawami. Tak naprawdę jest wiele z możliwych sposobów na prezentowanie, dystrybuowanie sztuki. Równie dobrym sposobem jak wystawa jest np. działalność wydawnicza, dyskusje panelowe czy właśnie program rezydencyjny.
- Chodzi mi o problem promowania artystów, w tym naszych bytomskich na tyle sporadycznie, że praktycznie nadal zostają oni niezauważalni, nawet na naszym lokalnym podwórku. Z nazwisk, o których można było usłyszeć, to panowie Kotula, Latko i Joachimiak. O ile mi wiadomo zarzut ten podzielają również osoby z bytomskiego ratusza (przewodnicząca Komisji Kultury RM i sam Prezydent). Małą ilość promowania bytomskich i lokalnych artystów i w związku z tym czy jest możliwy do osiągnięcia kompromis, polegający na takim zmianowym ustalaniu harmonogramu programowego, by na przemian brali w nim udział artyści lokalni i spoza Śląska?
- Proszę zwrócić uwagę, że Kronika nie jest instytucją, która działa według profilu ZPAP-u, (Związku Polskich Artystów Plastyków), który skupia środowisko plastyków lokalnych i dba na pierwszym planie o ich interesy. Konstruując program nie zwracamy uwagę nie na miejsce zamieszkania wpisane w dowodzie osobistym, ale na model sztuki, który ktoś prezentuje, na postawę artystyczną. Najbardziej znany kurator sztuki współczesnej ostatnich dekad Harald Szeemann zrobił kiedyś wystawę "When Attitudes Become Form" .Kiedy postawy stają się formą. Nas właśnie bardziej interesują owe postawy niż formy. Istotna jest też chęć nawiązania dialogu z obu stron i chęć negocjacji. Nasze projekty są bardzo długoterminowe, nie robimy wielu wystaw, są one raczej rozciągnięte w czasie, dużo wcześniej zaplanowane, obudowane wydarzeniami towarzyszącymi. Od rozpoczęcia współpracy z artystą do sfinalizowania wystawy trwa często rok, półtora. Wystawę, którą możemy oglądać w tej chwili - Piotr Jaros "Dom i praca" - zaczęliśmy realizować na początku 2006 roku, czyli minął tak naprawdę rok i trzy miesiące od pierwszych, regularnych wizyt u artysty, selekcji z bogatego materiału zdjęć i filmów, opracowań merytorycznych. Proszę też zwrócić uwagę, że została wydana wnikliwa publikacja towarzysząca wystawie z tekstami specjalistów: Wojciecha Markowskiego, który był kuratorem działu współczesnego w Muzeum Narodowego w Krakowie, Barbary Steiner, dyrektorki Centrum Sztuki Współczesnej w Lipsku, Adama Szymczyka, dyrektora Kunsthalle z Bazylei. Tak więc współczesna wystawa sztuki to długi proces. Polega na negocjacjach, selekcji, uważnej pracy z kuratorem. Preferujemy taki współczesny, wymagający model pracy z artystą. Staramy się by zostało po naszych projektach jak najwięcej - nie jest to wyłącznie "dekorowanie" ścian obrazami.
- Przepraszam, gdyby mógłby Pan powiedzieć tak w "dwóch słowach" kto to jest kurator sztuki?
- Dla osoby, która wcześniej nie słyszała o tym zawodzie można by go opisać jako wizualny ekwiwalent DJ-a, który z różnych płyt tworzy set dj-ski, jakąś spójną dźwiękową całość. Dobrą analogią jest również reżyser filmowy. Kurator jest "reżyserem wystaw", osobą, która towarzyszy artyście przy realizacji projektu, która kieruje jego wyborami, tworzy teksty, opracowując koncept merytoryczny wystawy, wyjaśnia, jest "tłumaczem" między publicznością a intencjami artysty. Rola kuratora najłatwiej dostrzegalna jest na wystawach grupowych, gdzie tak jak DJ czy kucharz, sięga on po różne składniki (czyli po prace różnych artystów) by stworzyć zaakcentować jakiś problem, zogniskować uwagę widza na konkretnym zagadnieniu. Przykład: kilka tygodni temu w Dreźnie byłem kuratorem wystawy poświęconej roli przyrody w sztuce współczesnej. Czyli eksponowałem wątek krajobrazu, zwierząt w sztuce, ich symboliki, metafor. Musiałem dokonać wyborów, negocjować z artystami, podzielić ich prace na kategorie, tematy, nadać im pewną narrację. Kurator to w Polsce zawód względnie nowy, przy Uniwersytecie Jagiellońskim dopiero 2 lata temu powstało podyplomowe Studium Kuratorskie, gdzie zresztą mam przyjemność wykładać.
- Które określenie bardziej Panu odpowiada dyrektor programowy, czy kurator sztuki?
- W Kronice pełnię funkcję dyrektora programowego, to funkcja obszerniejsza, bo jestem nie tylko autorem koncepcji wystaw, ale zapraszam również kuratorów z zewnątrz. Pełnię też funkcje tzw. reprezentacyjne, wykładając i uczestnicząc w różnych spotkaniach i konferencjach. A tak na co dzień zajmuję się też krytyką sztuki, czyli piszę na temat współczesnej kultury sztuki w różnych jej przejawach. To jest coś, co wypełnia mi czas po godzinach spędzonych w Kronice.
- Czy ta ilość lokalnych, czy śląskich artystów, na których warto jest zwrócić uwagę jest duża, mała?
- Dla osoby zajmującej się sztuką współczesną nie jest to obecnie tak interesujące miejsce jak Gdańsk czy Poznań, ale z drugiej strony dużo się tu zmienia, widzę symptomy nowych postaw. W Kronice zawsze prezentowaliśmy wielu śląskich artystów. Za mojej kadencji odbyły się tu np. niezwykle interesujące wystawy takich twórców jak Anna Nałęcka, Sławomir Rumiak czy Marek Glinowski. Często współpracujemy muzykami tworzącymi w naszym rejonie: Dominikiem Strycharskim czy Wojtkiem Kucharczykiem, Jednym z głównych punktów programu w tym roku jest fantastyczny projekt Andrzeja Tobisa, malarza z Katowic, wykładowcy na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. W tej chwili prezentujemy także wystawę Łukasza Jastrubczaka, studenta ASP. Nasza współpraca z akademią w Katowicach rozwija się w bardzo dobrym kierunku, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni. (Foto 04)
- Porozmawiajmy w takim razie o pieniądzach. Działalność "Kroniki" finansowana jest z pieniędzy gminnych, w tym pieniędzy bytomskich podatników. Na samą działalność (nie licząc kosztów utrzymania pracowników, lokalu) miasto przeznacza ponad 200 tys złotych rocznie. Całkiem zrozumiała jest zatem chęć sprawdzania przez radnych co jakiś czas na co i w jaki sposób zostały te pieniądze przez "Kronikę" wydane. Sama "Kronika" jest filarem Bytomskiego Centrum Kultury. Tymczasem przeprowadzona niedawno kontrola BCK wykazała szereg nieprawidłowości, w tym również nieprawidłowości dotyczące gospodarowania pieniędzmi przeznaczonymi na działalność, remonty itd. W prawdzie dyrektor BCK pan Paweł Koj zakwestionował wyniki i samą procedurę tej kontroli, to jakie jest Pana stanowisko w tej sprawie?
- Ja byłbym tutaj ostrożny w ferowaniu sądów, bo jeśli Pani bazuje na informacjach z lokalnych mediów to nie jest trudno je zakwestionować.
- To nie są informacje tylko z "Życia Bytomskiego", to są informacje z ratusza, a kontrola jest skończona, gdyż miałam okazję czytać raport pokontrolny.
- Zalecałbym umiar w rozpowszechnianiu złych wiadomości. Powściągliwość to pożądana dziś cecha mediów.
- Między innymi zarzucono procedurę wymiany okna w tej kamienicy od strony Rynku, bez uzyskania wymaganej wcześniejszej zgody konserwatora zabytków. Jakie jest w związku z tym Pana zdanie?
- Kiedy poznam treść raportu po kontroli być może będę chciał się do niej ustosunkować, ale nie wiem kogo by interesowało zdanie osoby zajmującej się merytoryczną stroną działalności konkretnej części BCK jaką jest Kronika. Oczywiście wymiana okien nie została przeprowadzana po uzyskaniu zgody od nas, jest to przykład tzw. samowoli budowlanej. Na podstawie tego zarzutu bardzo łatwo jest udowodnić jak nietrafione są te oskarżenia kontrolne. Ale nie jest to chyba miejsce i czas na taką dyskusję. Nie jestem też odpowiednią do tego osobą.
- Zapytam Pana jeszcze o "List otwarty do Prezydenta Miasta Bytomia Piotra Koja" w sprawie galerii "Kronika", który został opublikowany w "Gazecie Wyborczej" i internecie oraz o ewentualne inne listy w obronie galerii, o których nadsyłanie do Prezydenta podobno Pan apelował. Co Pan o tym sądzi?
- Bardzo się cieszę, że tyle osób stanęło w naszej obronie. Apelowałem o solidarną postawę ludzi sztuki i naszej publiczności, po tym jak poznałem treść wywiadu, jaki został opublikowany w ŻB, z Przewodniczącą Komisji Kultury panią Skalską, w którym pojawiło się sporo nieprawdziwych informacji i liczb, zupełnie zniekształcających prawdziwy obraz naszej działalności. Najbardziej zdziwiło mnie, ale też zirytowało (bo wskazywało na brak rozeznania sytuacji), nazywanie naszej instytucji "nieruchawą". Nie wiem co ten przymiotnik ma oznaczać, ale wiem że widzę u siebie, niestety, wszystkie syndromy pracoholizmu, a liczba organizowanych przez nas projektów artystycznych (często przy minimalnym nakładzie finansowym ale maksymalnym nakładzie pracy) znacznie odbiega od średniej krajowej. Stajemy na głowie, żeby zorganizować jak najwięcej, jak najciekawszych wydarzeń. W tej sytuacji zachęciłem publiczność aby wypowiedziała się w naszym imieniu. Jeżeli my, po raz kolejny piszemy sprostowanie w sprawie napastliwych, agresywnych tekstów opublikowanych w lokalnym tygodniku i nie są ono publikowane, to przeciętny czytelnik, mieszkaniec Bytomiu otrzymuje obraz zafałszowany. Tak samo obraz mogą mieć też urzędnicy i pracownicy Urzędu Miejskiego. Mam pewne uzasadnione obawy, że nawet te osoby, które z racji sprawowanej funkcji powinny sięgać również po prasę specjalistyczną (i to zdecydowanie nie tylko polską!), tego nie robią. Nie zdają sobie więc sprawy z pozycji jaką Kronika zdobyła w układzie europejskich instytucji sztuki. Napisałem na jednym z portali internetowych poświęconych sztuce, że czas na zajęcie stanowiska. Jeżeli komuś zależy na Kronice, na utrzymaniu takiego a nie innego profilu bytomskiej instytucji, to przyszedł czas aby się wypowiedzieć, wysłać list do samego Prezydenta Bytomia. W latach 90. nastąpiła podobna sytuacja (co znakomicie opisuje Marek Meschnik w książce "Kronika Kroniki"), też zaczęło się od oskarżeń w lokalnych mediach, i nagle z dnia na dzień jedna z najważniejszych galerii w Polsce osunęła się w niebyt. Gościła objazdowe wystawy, pokazywano to i owo z lokalnego podwórka zupełnie nie przeprowadzając merytorycznej selekcji. Kronika przestała być miejscem interesującym publiczność z innych miast, krytyków i dziennikarzy. Pracownicy Kroniki włożyli kilka lat swojego życia, żeby galeria znowu trafiła "na salony". Udało się. Ale pozostała pamięć o tym jak łatwo i szybko można zaprzepaścić czyjąś prace za pomocą małostkowych, opartych na zawiści rozgrywkach. Proszę się wiec nie dziwić naszej zdecydowanej reakcji i tekstom w naszej obronie w mediach ogólnopolskich. Osobna sprawa to list poparcia środowiska śląskiego, opublikowany w Gazecie Wyborczej. Wiem, że jedna z osób, dla świętego spokoju, wycofała się ...
- Chodzi o ks. Henryka Pykę?
- Tak. Przyznam się, że w ogóle nie śledzę tej sprawy, uważam to za niepotrzebne trwonienie czasu i nerwów. Mamy ręce pełne pracy i trzeba pamiętać jakie są nasze priorytety. Nie walka tylko praca u podstaw!
- A jak (przepraszam) wytłumaczy Pan taki fakt, że przynajmniej niektóre te osoby w ogóle w galerii nie były?
- W prosty sposób. Jest to wyraz środowiskowej solidarności. Wiele z osób, które "Kronikę" znają i cenią nigdy, mimo, że osobiście w niej nie były, znają ją z informacji prasowych, programów telewizyjnych, pozytywnych opinii różnych autorytetów. To naturalna reakcja. Ja też podpisałem się np. niedawno pod listem będącym protestem przeciwko usunięciu Davida Malkjovica z chorwackiego pawilonu narodowego podczas Biennalle Sztuki w Wenecji, nie widząc na własne oczy jego projektu, bazując na opisie. Znam twórczość tego artysty i wiem, że chorwackie Ministerstwo Kultury w zbyt pochopny sposób pozbawiło go prawa uczestnictwa w tym najważniejszym festiwalu sztuki. Poza tym liczę się ze zdaniem grupy ważnych krytyków, dyrektorów różnych instytucji, którzy wysłali do mnie list z prośbą o poparcie. Nie wahałem widząc nazwiska np. Sabriny van der Lay (dyrektorka Art Forum w Berlinie) czy Charlesa Esche (dyrektor van Abbenmuseum w Eindhoven), osoby które znam i cenię. Wiem, że mogę im zaufać i powinniśmy się nawzajem wspierać. Tak samo było najprawdopodobniej było z sygnatariuszami tego listu w sprawie Kroniki. Wiele z tych osób znam osobiście i cieszę się, że nas cenią.
- Prosił Pan te osoby, zwracał się Pan do nich? Chodzi mi konkretnie o ten List.
- Ten list był inicjatywą innej osoby, którą bardzo cenię, jednego z najciekawszych, młodych kuratorów i kuratorów na Śląsku, Stanisława Rukszy, który ma bogate doświadczenia z pracą ze śląskim środowiskiem artystycznym. Jest on m.in. inicjatorem wystawy "Śląsk Activ" pokazującej specyfikę i różnorodność tutejszej sceny artystycznej. Był także autorem ostatniej edycji "Biennale wobec wartości" w Katowicach, które współorganizowane jest przez Muzeum Archidiecezjalne. Na łamach lokalnej prasy doszło do odwrócenia sytuacji. Granice żenady oraz prawo prasowe zostały mocno nadwerężone, jeśli nie przekroczone, nie zamierzam się jednak zajmować naświetlaniem lokalnych teorii spiskowych. Jest tyle dobrych rzeczy, które dzieją się wokół Kroniki w tych miesiącach (zwłaszcza jeśli chodzi o wzmocnienie naszej pozycji na scenie międzynarodowej), że warto poświęcić się przede wszystkim pozytywnemu myśleniu i trzymać kciuki, żeby kolejny rok był równie bogaty w doświadczenia.
- Na koniec naszej rozmowy chciałabym Pana poprosić o dokończenie takiego zdania: Bytom dla mnie jest ...
- ... laboratorium przyszłości, ale i miejscem podwyższonego ryzyka.
- Dziękuję za rozmowę.
rozmawiała: szatynka
Ponieważ czasami nie mozna odmówić prośbie pojawiam się by przekazać następującą wiadomość:
V Festiwal Książki
25 V – 15 VI 2007
Bydgoski Trójkąt Literacki
4 VI
DZIEŃ FANTASTYKI, g. 18.00, Kawiarnia Artystyczna Węgliszek - Rafał Ziemkiewicz, Maciej Parowski, Wiktor Żwikiewicz
Dyskusja panelowa na temat: Kondycji literatury SF i fantasy w XXI w.; cz. II, w której udział wezmą oprócz wymienionych powyżej:
Tadeusz Krajewski, prowadzący Klub MASKON, animator fantastyki,
Dominika Repeczko, red. nacz. Pierwszego Polskiego Periodyku Sieciowego Fahrenheit (www.fahrenheit.eisp.pl), odpowiedzialna za debiuty w wydawnictwie „Fabryka Słów”,
Marek Żelkowski, pisarz SF,
Jerzy Grudnkowski, pisarz SF,
Piotr Pieńkowski, były red. nacz. „Świata Gier Komputerowych”, „Sfery”, red. nacz. portalu GAMELOG, Prowadzenie.
Udział młodych przedstawicieli klubów: Maskon (Łukasz „Nikor” Nalewajk) - Atlantis (Marcin Nowik) i Star Wars (Radek Karwicki).
Spotkanie z:
Rafałem Ziemkiewiczem (ur. 13 września 1964 roku w Piasecznie), polski dziennikarz, publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny oraz pisarz science-fiction, trzykrotny laureat nagrody im. Janusza A. Zajdla. Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował jako dziennikarz i publicysta m.in. w radiu Wawa, PR IV i "Gazecie Polskiej", gdzie kierował działem publicystyki. Był też gospodarzem programu publicystycznego Radia Tok FM. Od kilku lat jest niezależnym publicystą. W roku 1995 został stypendystą National Forum Foundation. Publikuje m.in. w "Newsweeku Polska"), "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej" (stała rubryka Zero zdziwień), Niezależnej Gazecie Polskiej, "Cinemie" (felieton "Poza press-kitem"). Współpracuje z TV Biznes i portalem Interia.pl. Za swoją publicystykę otrzymał w 2001 roku nagrodę Kisiela. Od września 2006 do lutego 2007 prowadził w TVP 1 cotygodniowy program kulturalny Ring.
Jako pisarz SF debiutował opowiadaniem Z palcem na spuście w tygodniku "Odgłosy" (lipiec 1982). W tym samym roku za Cortex cerebri zdobył nagrodę w konkursie na opowiadanie SF organizowanym przez Naszą Księgarnię, "Młodego Technika", Młodzieżową Agencję Wydawniczą i klub SFAN oraz wyróżnienie za Pilota. Nagrodę im. Janusza A. Zajdla otrzymał za powieści Pieprzony los kataryniarza (1995) i Walc stulecia (1998) oraz za opowiadanie Śpiąca królewna (1996). Dwukrotnie otrzymał także nagrodę Śląskiego Klubu Fantastyki, Śląkfę, jako Twórca Roku (1990 i 1998). Był redaktorem naczelnym poświęconego fantastyce magazynu "Fenix". Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Maciejem Parowskim - polskim pisarzem, krytykiem i redaktorem fantastyki naukowej, był publicystą tygodnika "Razem". Zamieszczał opowiadania i felietony w "Życiu Warszawy", "Na Przełaj", "Kulturze", "Ekranie" i „Polityce". Od 1982 kierownik działu literatury polskiej w miesięczniku "Fantastyka" (później "Nowa Fantastyka"), od 1992 do 2003 również jego redaktor naczelny. Obecnie redaktor naczelny dwumiesięcznika "Czas Fantastyki". Jako autor science fiction debiutował opowiadaniem Bunt robotów w tygodniku "Na Przełaj". Jego debiutem książkowym była powieść Twarzą ku ziemi. W 2006 roku na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi otrzymał doktorat humoris causa, czyli nagrodę im. Papcia Chmiela za zasługi dla polskiego komiksu.
http://www.fantastyka.pl/...czas_fantastyki
Wiktor Żwikiewicz (urodzony 19 marca 1950 w Bydgoszczy), pisarz science fiction. Od 1975 do 1979 działał w studenckim teatrze „Próba” jako scenarzysta, reżyser oraz aktor. Później pracował jako plastyk w bydgoskim Kombinacie Budowlanym „Wschód” oraz jako specjalista ds. reklamy w Teatrze Polskim, w Bydgoszczy. W 1979 założył Bydgoski Klub Miłośników Fantastyki „Maskon”. Debiutował w 1971 r. opublikowanym na łamach „Młodego Technika” opowiadaniem Zerwane ogniwo. Jego utwory ukazały się w takich czasopismach jak „Nurt”, „Problemy”, „Przegląd Techniczny” oraz w almanachach: Kroki w nieznane, Wołanie na Mlecznej Drodze, Wehikuł wyobraźni i Gość z głębi. Jest autorem ilustracji i okładek do swoich książek. Jego utwory to często eksperymenty myślowe, dotyczące zachowania człowieka w ekstremalnych sytuacjach i stawiające pytania ontologiczne. Zbiory opowiadań: Podpalacze nieba (1976), Happening w oliwnym gaju (1977), Sindbad na RQM-57 (1978), Kajomars i inne opowiadania (2005); powieści Druga jesień (1982), Imago (1975), Ballada o przekleństwie (1986), Delirium w Tharsys (1987), Kosmodram Machu Picchu (w przygotowaniu).
Pełny program TUTAJ
Zapewne będzie można także zamienić słówko z Alicją Dużyk, współorganizatorką Trójkąta, znaną z wywiadu z Wiktorem Żwikiewiczem z ostatniego numeru CzF
MAPA czyli gdzie to właściwie jest
Można też podjechać autobusem z dworca PKP Linia 54 w kierunku dworca PKS LINKA DO ODJAZDÓW
Wysiada się na drugim przystanku - Plac Teatralny, następnie należy skierować się w stronę Starego Rynku
MAPKA