Widzisz posty wyszukane dla słów: Budynek Dyrekcji Kolei Państwowych w Warszawie

POCIĄG WIDMO

Ale nasz dworzec trochę mniej betonowo wyglądał w przeszłości, co można zaobserwować na paru widokówkach poniemieckich.

Nie wiedziałem Rozumiem, że chodzi np. o to? To jest ten sam budynek co teraz?

Przy okazji, znalzłem artykuł - PKP sprzedaje dworce .

A w kwestii zaadoptowania dworca - jedyny znany mi przypadek "dawnego dworca" z ostatnich lat, to Dworzec Świebodzki we Wrocławiu - obecnie Teatr Polski. Ale raczej nie ma co liczyć w Lubinie na teatr.
Ze starych przypadków, na miejscu dawnego Dworca Kolei Warszawsko-Petersburskiej (w Warszawie, oczywiście) w 1929 r. stanął budynek Centralnej Dyrekcji Kolei Państwowych, ale to też nie wyjście dla Lubina.

Centrum handlowe nie jest tak głupim pomysłem.

 » 

Za oknem sznur samochodów pędził jak szalony

Data:19 Wrzesień 2066 r.
Czas: około godziny 19:55
Miejsce: Biblioteka miejska przy ul. Przyszłości w Gdyni
(budynek dawnego dworca kolejowego Gdynia Główna Osobowa)

Za oknem sznur samochodów pędził jak szalony. Chmura spalin unosiła się nad
miastem niczym zły duch mogący w każdej chwili opaść i pochłonąć tego
wielkiego molocha wraz ze wszystkimi jego betonowymi blokowiskami i
tłoczącymi się w nich nibyludziach.
Dziś już wszystko było inaczej niż kiedyś... nie powrócą dawne czasy pełne
normalności i spokoju.
Za oknem sznur samochodów pędził jak szalony. Światła migały bezustannie -
zielone, żółte, czerwone i tak bez przerwy, 24 godziny na dobę. Ryk silników
przeszywał zepsute do granic możliwości powietrze.
Za oknem sznur samochodów pędził jak szalony. Nowe drogi były w doskonałym
stanie, podczas gdy na "starych" trasach rozjeżdżony asfalt, był pełen
kolein, tak głębokich, że wyjechanie z nich, wymagało nie lada umiejętności
oraz dobrego samochodu.
Wszystkie nowe drogi, były praktycznie idealne, bez dużych wzniesień. One
chyba wogóle nie miały wzniesień, a jeżeli już były jakieś górki, to nawet
podjechanie pod nie rowerem nie sprawiłoby problemu 70-letniemu
staruszkowi... ale kto teraz jeździł rowerem.... nikt.
Za oknem sznur samochodów pędził jak szalony. Rury wydechowe kopciły,
wyrzucając z siebie rakotwórcze substancje. Od kiedy GDDKiA, wpadła na
pomysł zagospodarowania wszystkich nieużytków pozostawionych przez PKP,
na łaskę i niełaskę czasu, sieć dróg i autostrad w naszym kraju zaczęła
wzrastać i już po kilku latach przewyższyła wszelkie normy, przewyższając
najbardziej rozwinięte państwa w całej Europie, ba, nawet w samej Ameryce !
Nowe drogi były dostępne tylko dla samochodów osobowych, zaś pozostałe, tak
zwane "stare drogi", przeznaczone były głównie dla transportu towarów, choć
samochody osobowe mogły nimi jeździć bez żadnych przeszkód, tak jak przed
2044 rokiem. Takie rozwiązanie było dosyć dobrze przemyślane z punktu
widzenia natury technicznej, ale to już swoją drogą.
Za oknem sznur samochodów pędził jak szalony. Dochodziła godzina 20:00, a
ruch wciąż nie malał. Miało się wrażenie, że on się ciągle w z m a g a ł.
Nic nie mogło zatrzymać, tej nieustannie płynącej rzeki blachy i trujących
tlenków.
Tak przeglądając stare roczniki gazet, natrafiłem na Rzeczpospolitą, sprzed
prawie 20 lat. W dziale dotyczącym gospodarki znalazłem artykuł o przejęciu
przez Krajową Dyrekcję Dróg i Autostrad, wszystkich linii kolejowych w
Polsce, po głośnym upadku Polskich Kolei Państwowych w roku 2044:

"[...]Wszystkie szlaki kolejowe o znaczeniu lokalnym, po zdemontowaniu ich
przez ZLLK (Zakład Likwidacji Linii Kolejowych - przyp. red.), będą
zamieniane na nowe drogi, a linie główne na autostrady i drogi szybkiego
ruchu. Obecnie Polska jest jedynym krajem w Europie, gdzie nie jest
prowadzony jakikolwiek ruch kolejowy, a po roku 2056 ma się stać
jedynym krajem w Europie gdzie nie będzie żadnych linii kolejowych.
Dziś cała komunikacja oraz przewóz towarów odbywa się na razie jeszcze
starymi drogami, czyli szlakami budowanymi do końca 2044 roku, jednak
ta sytuacja będzie się sukcesywnie zmieniać. Już na początku 2046 roku
KDDiA planuje ruszyć z robotami związanymi z budową nowych dróg i
autostrad. Do roku 2056, cała masa niezagospodarowanych post kolejowych
szlaków ma się przemienić w zwartą sieć drogową, której będą mogły nam
pozazdrości kraje mające obecnie najbardziej rozwiniętą siatkę
połączeń drogowych.[...]"

Za oknem sznur samochodów pędził jak szalony...

Data: 19 Wrzesień 2066 r.
Czas: godzina 20:30
Miejsce: Dawny węzeł kolejowy Wierzchucin.

Na stację benzynową przy ruchliwej drodze M-1 zajechał samochód. Kierowca
opuścił przednią szybę i krzyknął na obsługę: "Do pełna!". Gdzieś tam pod
powierzchnią ziemi, pod grubą warstwą asfaltu, piachu i innych materiałów
zalegały smutne szczątki kolejowej przeszłości. Przeszłości, która już nigdy
nie ujrzy światła dziennego. Która zniknęła bezpowrotnie. Dziś, moje dzieci
wiedzą, co to kolej, tylko z lekcji historii.

----------------------------------------------------
Dnia 13 lutego, każdego roku zapalam świeczkę
ku pamięci kolei w Polsce. Dzień 13 lutego 2045 roku
był ostatnim dniem istnienia szlaku Kraków-Warszawa
Jeszcze tego samego dnia ZLLK przystąpiło do jego
fizycznej likwidacji. Tak zniknęła ostatnia linia kolejowa
w Polsce. Notabene, dokładnie rok wcześniej PKP ogłosiło
publicznie swoją upadłość.

[*]

Pzdr
GWK-team

Przeciąga się rozbudowa Lotniska Chopina



Będzie skandal? Szlaban na granicy Okęcie
Jarosław Osowski, Krzysztof Śmietana2007-12-20, ostatnia aktualizacja 2007-12-20 22:34

Jedyna granica państwowa w Warszawie nieprzygotowana do nowego systemu odpraw. Przedłużająca się rozbudowa lotniska na Okęciu grozi wielką kompromitacją całej Polsce

Dziś w nocy nasz kraj znalazł się w strefie Schengen, zniknęły szlabany na granicach Polski z sąsiadami z Unii Europejskiej. Jedyne przejście graniczne w stolicy na razie działa po staremu - pasażerów odlatujących z Okęcia do państw grupy Schengen straż graniczna przestanie kontrolować dopiero 28 marca. Wtedy w życie wchodzi wiosenno-letni rozkład lotów.

Wcześniej na lotnisku trzeba otworzyć nowy terminal, bo tylko on jest przystosowany do odpraw według nowych zasad (nowe, inaczej oznaczone stanowiska odprawy, inna organizacja ruchu pasażerów). Jego budowa ciągnie się od ponad trzech lat, a jej końca wciąż nie widać. Pochłonęła już ok. 200 mln dolarów, ostatni termin minął 30 kwietnia. Mimo to za tydzień nasi rodacy odlatujący po świętach do pracy w zachodniej Europie znowu będą się tłoczyć w ciasnej hali odlotów z lat 90.

- Gdyby z nowym terminalem nie udało się zdążyć do marca, byłaby to kompromitacja. Może trzeba będzie nawet wstrzymać loty do krajów z grupy Schengen i dowozić pasażerów autobusami do portów regionalnych w innych miastach - obawia się Adrian Furgalski z zespołu doradców gospodarczych TOR, ekspert ds. transportu.

Ten niepokój jest o tyle uzasadniony, że od października rozbudowa niemal stoi w miejscu. Porty Lotnicze zerwały wtedy kontrakt z wykonawcą terminalu 2. Kiedy więc jego otwarcie? - Trudno sformułować prostą odpowiedź. Stale odkrywamy nowe informacje, które były przed nami ukrywane przez dotychczasowego wykonawcę. Najlepszym przykładem jest choćby sprawa wentylacji kwestionowanej przez Straż Pożarną. Konsorcjum zapewniało, że problem jest rozwiązany, a tak nie jest - słyszymy od dyrektora Portów Lotniczych Pawła Łatacza. Dwa miesiące temu obiecywał błyskawiczne wznowienie robót. Jednak półtora miesiąca zajęła ich inwentaryzacja. PPL podaje teraz, że komisja spisała trzy segregatory z kilkoma tysiącami usterek. Dyrektor Łatacz przyznaje, że w kuluarach pojawiły się deklaracje, że do otwarcia dojdzie przed końcem roku, ale według niego były to jedynie spekulacje. PPL wciąż nie podpisał umów na dalsze prace. Padają tylko zapewnienia że "rozmowy są finalizowane".

Najpilniejsza jest wymiana 100 z ok. 3 tys. głośników, przez które nadawane są komunikaty w razie alarmu, a także zamontowanie ok. 10 km nowych kabli. Żeby poprawić system wentylacji, trzeba z kolei wymienić 20 okien na uchylne.

Te prace są konieczne, żeby straż pożarna dopuściła nowy terminal do użytkowania. Wydawanie ostatecznych pozwoleń może potrwać nawet trzy tygodnie, choć Porty Lotnicze spodziewają się, że służby wojewody skrócą ten termin. Dyrektor Łatacz ocenia, że gdy przed końcem roku dogada się wreszcie z wykonawcami, poprawki w terminalu zajmą około miesiąca.

Mimo optymizmu dyrekcji Portów Lotniczych Adrian Furgalski uważa, że przedsiębiorstwo powinno mieć awaryjne rozwiązania na wypadek kolejnych opóźnień. - Trzeba przystosować stary terminal do nowych zasad, które mają obowiązywać pod koniec marca na lotniskach. Przecież to nie są duże prace - można postawić ścianki z pleksi, które odseparują pasażerów lecących poza strefę Schengen. To można wykonać nocami - proponuje.

Dyrektor Łatacz nie chce o tym słyszeć. - Dziś wszystkie siły skupiamy na uruchomieniu hali odlotów nowego terminalu. Nie są prowadzone prace związane z dostosowywaniem terminalu 1 do Traktatu z Schengen. Odpowiednie rozwiązania znajdują się w nowym budynku i musi on być oddany do użytku przed 28 marca - podkreśla. W tym tygodniu przekazał nowemu ministrowi infrastruktury szczegółowy harmonogram prac, który jest jednak "dynamiczny, bo wciąż odkrywamy jakieś problemy". Zaznacza jednak, że "sytuacja jest pod kontrolą".

Nawet jeśli uda się oddać halę odlotów przed 28 marca, nie oznacza to wcale końca budowy na Okęciu. Okazuje się, że do sklepów planowanych w nowej hali odlotów nie doprowadzono prądu, wentylacji i klimatyzacji. Teraz uwija się tam 180 robotników, ale po oddaniu nowego terminalu część pomieszczeń handlowych i tak będzie zamknięta. Dodatkowo w osobnym przetargu trzeba jeszcze raz wybrać generalnego wykonawcę, który dokończy wyjścia do samolotów przez tzw. pirs centralny i południowy. Dziś straszą tam wystające pręty zbrojeń. Dyrektor Łatacz przyznaje, że "taki pomnik historii zostanie jeszcze na jakiś czas".

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna

[pr]Warszawskie dworce, warszawskie pociągi

[cyt][pr][o starej Warszawie]
Link:http://muzeum.gazeta.pl/Iso/Raporty/Stara_warszawa/060rap.html
Serwis: Gazeta Wyborcza

Warszawskie dworce, warszawskie pociągi
Z Warszawy Gwiazdą, Strzałą i Expressem

Polskie Koleje Państwowe słynęły z punktualności i wysokiej jakości usług.
Lśniące czystością wagony boleśnie kontrastowały z ciasnymi warszawskimi
dworcami.
"Brzask dzienny nie rozproszył jeszcze ciemności, a miasto spało. Na dworzec
nadjechał express Warszawa - Paryż. Cały skąpany we mgle porannej. Lśnił
tajemniczo, prychając przytem i sapiąc. Szczęśliwie ulokowałem swe liczne
bagaże. Potem krótkie pożegnanie i ruszamy w daleki świat. Wreszcie Zbąszyn.
Krótki przegląd paszportów i dalej w drogę. Mijamy Berlin. Zauważam, że
Niemcy z lubością wsiadają do polskich wagonów. Ba, przecież to istne cacka.
Nowiusieńkie, wykonane z wykwintem. Nie spotykałem takich wagonów nigdzie w
Europie" - tak w początku lat 30. opisywał swą podróż do Brukseli Ignacy
Posadzy.

Rozpoczynał ją najbardziej eleganckim polskim pociągiem wszechczasów - Nord
Expressem. Skład wyjeżdżający z Warszawy uruchomiono w maju 1926 r.,
nawiązując do tradycji przedwojennych (oczywiście sprzed I wojny) ekspresów z
Paryża przez Warszawę do Petersburga. Pociąg kursował trzy razy w tygodniu,
początkowo z niezbyt dziś imponującą średnią szybkością 61 km/h. Przełom
dokonał się w 1936 r., kiedy to trasę przedłużono do Moskwy, a jego średnia
prędkość, wliczając w to postoje na stacjach i granicach, wzrosła do ok. 80
km/h. Przed 1939 r. był to najszybszy pociąg w Polsce. Konkurowała z
nim "Gwiazda Północy" nazywana inaczej "Latającym Wilnianinem". 423 km między
Warszawą a Wilnem pokonywała w pięć godzin i 25 minut, zatrzymując się
jedynie na dziesięć minut w Białymstoku i na dwie minuty w Grodnie. Później
trasę "Wilnianina" przedłużono do granicy łotewskiej - tam podróżni
przesiadali się w pociągi łotewskie i torami o szerokim rozstawie jechali do
Rygi, Tallina lub Leningradu.

Trzecim z polskich superpociągów była "Strzała Bałtyku". W sześć godzin
docierała do Gdyni. Trasa była dłuższa niż dziś, bo omijała Prusy Wschodnie i
biegła przez Toruń i Bydgoszcz do Tczewa i Wolnego Miasta Gdańska.

Przed 1914 r. w Warszawie było kilka dworców. Najważniejszy - Warszawsko-
Wiedeński - stał u zbiegu Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich. Stąd wąskimi
torami jechało się na południe i zachód Europy. Do Kalisza i dalej - do
Berlina i Paryża - odjeżdżało się z Dworca Kaliskiego u zbiegu Al.
Jerozolimskich i Żelaznej. Do Petersburga pociągi odchodziły szerokimi torami
z Dworca Petersburskiego, a do Moskwy - z Brzeskiego. Na pociąg do Kijowa i
Odessy należało się wybrać na Dworzec Kowelski. W 1915 r. opuszczający
Warszawę Rosjanie wysadzili dworce. Przetrwał ciasny Wiedeński i Brzeski.

Po wojnie dworce prowizorycznie odbudowano. W miejscu Petersburskiego stanęły
budynki dyrekcji PKP, a perony z prowizorycznymi zabudowaniami dworca teraz
przemianowanego na Wileński przeniesiono bliżej Białostockiej. Po Dworcu
Kaliskim nie pozostał ślad. Dopiero w 1932 r. podjęto budowę nowoczesnego
Dworca Głównego - miał zastąpić burzony Dworzec Warszawsko-Wiedeński, na
którym w latach międzywojennych wysiadały ówczesne VIP-y i goszczone w
Warszawie głowy państw. Z Dworcem Brzeskim (dzisiejszym Wschodnim) Główny
połączyła linia średnicowa, przecinająca Wisłę nowym mostem kolejowym, a pod
centrum miasta biegnąca tunelem.

Główny, zaprojektowany przez znakomitego architekta Czesława Przybylskiego,
wypełniony dziełami rzeźby i malarstwa, miał być jednym z symboli miasta.
Niestety, wybuch wojny uniemożliwił jego ukończenie. W 1944 r. został
wysadzony w powietrze.

W książce "Drogi żelazne Rzeczypospolitej", opublikowanej u schyłku lat 30.,
inż. Ginsbert dawał kilka wskazówek dla podróżnych: "Jeżeli chcesz udać się w
podróż, nie pytaj o pociąg starej ciotki ani kolegi, lecz kup urzędowy
rozkład jazdy. Jeżeli masz większe pakunki, oddaj je na bagaż. Nie otwieraj
drzwi przed zatrzymaniem pociągu, bo możesz kogoś zabić, nie marnuj wody z
umywalni. Jeżeli widzisz, że ktoś kładzie nogi na siedzeniu, rysuje ściany
albo w inny sposób niszczy dobro publiczne, nie wahaj się wezwać konduktora.
Jeżeli korzystasz z miejsca do leżenia I lub II klasy, gdzie są podnoszone
ławki, pamiętaj, że PKP oddaje ci to miejsce bez dopłaty, ale pod warunkiem,
że nie skrzywdzisz towarzyszy podróży. Jeżeli podróżujesz popularnym
pociągiem w celach sportowych lub turystycznych, nie żądaj, aby za
kilkanaście złotych kolej dostarczyła ci wagonu salonowego. Zadowolnij się
tym, co dają, bo to naprawdę bardzo tanio".

I wreszcie: "Jeżeli chcesz się posilić, a w pociągu jest wagon restauracyjny,
możesz się tam udać z całym zaufaniem. Nie wierz tym, którzy ostrzegają cię
przed rzekomą drożyzną potraw. Tak twierdzą tylko ludzie, którzy nigdy z
wagonów restauracyjnych nie korzystali, albo którzy nie umiejąc podróżować,
żądają w dowolnym czasie indywidualnie ulubionych potraw. W porze obiadu i
kolacji otrzymujesz gotowe menu - małe (tańsze) z 3 dań, lub duże (droższe) z
6 dań".

JERZY S. MAJEWSKI

 » 

Zimowe pomorskie gagariny i nie tylko

Witam,

Dawno już nie było żadnej relacji z mojej delegatury, więc czas nadrobić
zaległości. Postanowiliśmy z Wojtkiem <WojtasemTraczykiem udać się na objazd
Pomorza od prawa do lewa.

Dzień 0 ? piątek

Podział zadań przedwyjazdowych sprawił, że kwestia nabycia biletu spadła na
mnie. PKP SA udowodniły po raz n-ty, że ta banalna z pozoru czynność może być
istną drogą przez mękę. Poszedłem do ?Polresu" na ul. Grójeckiej myśląc, że
trafię tam na najbardziej kompetentą obsługę kas. Myliłem się straszliwie! Na
wszelki wypadek wydrukowałem dla pani kasjerki trasę, na jaką chciałem kupić
bilety. Cały pic polegał na tym, że chciałem ją (znaczy trasę ? nie kasjerkę)
mieć na jednym bilecie. Podałem jej kartkę, a ona na jej widok zrobiła oczy jak
młyńskie koła. Ale co to za trasa, zapytacie zapewne? Proszę bardzo: z Warszawy
Wschodniej do Warszawy Centralnej przez: Tczew, Chojnice, Szczecinek, Runowo
Pomorskie, Szczecin, Poznań i Kutno. Fajna, co nie? Spodziewałem sie, że będą
problemy z wystawieniem takiego biletu. I oczywiście miałem rację ? pani w
kasie stwierdziła, że ona mi nie wystawi takiego biletu na podróż ?tam", bo

bilety. To mnie nie urządzało, bo zapłaciłbym jak za zboże. Utrzymywałem zatem,
że nie jest to podróż tam i powrót, bo przecież nie dojeżdżam do stacji
wyjazdowej, tylko podróż kończę stację wcześniej, wobec czego kółeczko się nie
domyka. Ona mi na to, że Warszawa to jest jedna stacja ? nieważne Zachodnia,
Centralna czy Wschodnia!!! Ja z kolei kontrargumentowałem, że przecież jak się
jedzie ? dajmy na to z Wrocławia do Zachodniej ? to się płaci mniej niż jakbym
jechał do Wschodniej. Więc jak to ? stacja ma 10 kilometrów długości i jeszcze
do tego wszystkiego przez teren tejże stacji Wisła przepływa??? I na to już nie
umiała mi odparować. Znalazła więc wybieg ? poradziła mi żebym udał się do
dyrekcji spółki PKP Przewozy Regionalne SA żeby mi wyjaśnili ten fenomenalny
dualizm. Poszedłem więc, a co? Poszedlem i zażądałem pokazania mi czarno na
białym przepisu, który mówi o tym, że Warszawa to jedna stacja oraz że nie
można wystawić biletu z jednej stacji warszawskiej do drugiej objazdem przez
pół Polski. Najpierw skierowalem się do działu sprzedaży. Tam wyprowadzono mnie
z błędu, że nie jest to Punkt Obsługi Klienta, jak by się mogło wydawać.
Okazało się, że coś takiego w tej firmie NIE ISTNIEJE! Co więcej, pani (starała
się być miła) stwierdziła, że ona nie może przeze mnie normalnie pracować. Na
dodatek w rozmowie z osobą trzecią określiła mnie dosłownie jako? PETENTA, a
nie klienta. I poradzila mi, żebym poszedł do działu prawnego. Miałem czas,
więc poszedłem. Stosowna osoba już wiedziała, że jadę do niej windą i pani (z
powodzeniem starała się być niemiła) powitała mnie mniej więcej słowami: ?aaaa?
to pan, co chce mniej płacić, taaak?". A ja jej na to: ?A co ? pani wolałaby
płacić więcej, taaak?". Ta kobita też oczywiście nie potrafiła mi wyszukać
stosownego przepisu i powiedziala, że moje żądanie jego przeczytania jest?
kpiną. Oczywiście niczego nie wskórałem. Reasumując: nowopowstała firma PKP
Przewozy Regionalne SA, której celem jest maksymalizacja zysku w krótkim
terminie i optymalizacja w długim okresie czasu nadal działa jak urząd
państwowy ? nic się nie zmieniło od II wojny światowej. Życzę jej szczerze, aby
jak najszybciej zbankrutowała, a tym niereformowalnym urzędasom wylecenia z
roboty! No a bilet i tak dostałem, tyle że w kasie na dworcu Wschodnim. Co
prawda nie przez Szczecin, a Stargard Szczeciński, niemniej jednak jest to z
pewnością najdłuższa trasa, jaką mam na jednym jedynym bilecie. Suma kilometrów
opiewa bowiem na 1064 kilometry. A zapłaciłem za przejazd nią pociągiem
pospiesznym 64,10 zł za bilet normalny. Jak widać na PKPie trzeba walczyć jak
lew, aby dostać to, co się człowiekowi zgodnie z prawem należy. Ciekawe jaka
jest skala nadużyć, jakich przewoźnik dopuszcza się wobec podróżnych? Zapewne
jest to kwota co najmniej sześciocyfrowa? Dobra, starczy już tych taryfowych
perypetii. Przejdźmy zatem do sedna, czyli cośmy widzieli i przeżyli.

Dzień 1 ? sobota

Wyjechaliśmy Ex ?Posejdon" o 6 rano. W naszym przedziale jechało dwóch kolesi,
z ktorymi przy porannym piwku szybko znaleźliśmy wspólny język. Okazało się, że
podobnie jak my też będą się przesiadać w Tczewie i do Chojnic jechaliśmy
razem. Posejdona tego dnia ciągnęła EU07-472. W przekopach na E-65 zaspy i
nawisy śniegu zarąbiste ? wyglądało to tak, jakby za chwilę na tory miała zejść
lawina :-)  Liczyłem po cichu na gagrina w Prabutach lub Mikołajkach
Pomorskich, ale niestety nie dane mi to było. Trudno. Za to w Tczewie stały
sobie sprzęgnięte dwie SUki 006 + 256 ? obie na chodzie. Po 40 minutach wjechał
nasz pociąg z Gdyni do Chojnic zestawiony z Bipy. Prowadziło to to EU07, ale
numberka nie spisałem. Za to z drugiej strony podczepiły się obydwie SUki, a
więc jechaliśmy w trakcji podwójnej. Co się będę rozpisywał ? jazda w zimowej
scenerii przy operującym słoneczku i do tego w Bipie pozostawia niezatarte
wrażenia. BOMBA po prostu i już! O ile w Prabutach byL zaledwie cień szansy na
ST44, o tyle obecności ich w Chojnicach byłem pewien. I były! Obok pomnikowego
TKt48-170 stał sobie uśpiony ST44-747, natomiast przy szopie manewrowały:
rozbudzony 1108 oraz 3 SM42. Nie miałem zbyt wiele czasu, niemniej jednak kilka
ciekawych slajdów pstryknąłem. W dalszą drogę zabrał nas ten sam wagon, tyle że
zmienił się koń pociągowy. 2 SU45 zastąpiła SU42-521. Od Człuchowa na zachód
jeszcze tej linii nie przemierzałem, ale już się nie mogłem doczekać Szczecinka
i podobno sporych ilości gagarinów. Widok przerósł znacznie moje wyobrażenie.
Stacja Szczecinek jest po prostu przerewelacyjna ? z jednej strony stary, ładny
budynek stacyjny, no a z drugiej to już kompletne miodzio: 12 sztuk jedynie
słusznych lokomotyw jedna za drugą. A na każdej czapa śniegu iskrzącego się
cudownie w zachodzącym, pomarańczowym słońcu. Dla porządku stoją sobie tam
następujące gagarki: 1060, 555, 536, 1098, 1092, 1091, 1097, 1094, 1093, 748,
1090 i 614 patrząc od strony Runowa. W innych miejscach były jeszcze 4 uśpione
gagi: 717, 615, 815, 2029 (!) i pudło od 566. Aha, była też SP45-090 w stanie
wskazującym. Myliłby się ten, kto pomyślałby, że nie było też czynnych ST44.
Otóż były. Mianowicie 949 oraz 613 ? tego drugiego imprezowicze Chojnice-
Przechlewo powinni dobrze pamiętać. Po zgłoszeniu się u dyspozytora i
wysłuchaniu stosownego mędzenia a na co, a po co, a dla kogo to wszystko i skąd
w ogóle mam kamizelkę PKP dostaliśmy przewodnika. Pan okazał się niezwykle
uprzejmy. Dwa wspomniane gagary na zmianę grzeją silniki (to pewnie w ramach
oszczędności na PeKaPie :-/ ). No i akurat przyszedł czas na zgaszenie 949 i
rozpalenie 613. Zgłosiłem się na ochotnika. Udało się! To już mój trzeci w
karierze gagarin, którego odpaliłem i troszkę przesunąłem po torach. Ale jazz!
Do Runowa Pomorskiego znów jechaliśmy Bipą, tym razem zaprzęgniętą w SU45-189.
Dalej to już nudno ? EN57-1358+1359 do samego Szczecina. Sprawa rezerwacji
noclegu należała do Wojtasa. Założenie było takie, że mieliśmy odpoczywać w
jakimś schronisku. I owszem ? schronienie mieliśmy, tyle że Wojtas zarezerwował
kimanie w? Radisson SAS Hotelu. W sumie bardzo się ucieszyłem. Odrobina luksusu
jeszcze nikomu nie zaszkodziła, prawda? A zawsze to przyjemnie poczuć się choć
raz na pół roku jak biały człowiek.
Dzień 2 - niedziela
Po porannym basenie i saunie ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Pomimo pogody pod
psem, bardzo korzystne wrażenie ono na mnie wywarło ? szerokie ulice, piękna
architektura starych budynków, wszędzie da się dojechać tramwajem. Jedno co
razi w oczy to panienki na ulicach! Panienki, jak panienki ? średnia krajowa,
ale te ich buty ? dramat jakiś. Co druga nosi jakieś łomoty, a im grubsza
podeszwa, tym lepsza. Co jest ? rzucili na rynek za darmo kontrabandę z
jakiegoś przemytniczego statku, czy co? ;-) Naprawdę ? kobitek w butach na
cienkim, wysokim obcasie jak na lekarstwo. To praktycznie tylko jedyny argument
przemawiający za tym, aby jednak nie przeprowadzać się do Szczecina z Warszawy.
Może lepiej będzie latem? Zobaczymy. Dworzec Szczecin Główny nie zapisze się
najlepiej w naszej pamięci. Nie chodzi o widok z zewnątrz ? ten jest OK, ale o
jego stan w środku. Myślałem, że dworzec nie może śmierdzieć bardziej niż
Warszawa Centralna. Ale Szczecin Główny zdetronizował WC. Pełno zaszczanych (a
nawet jeszcze gorzej) żuli, mordy zapuchcnięte, łażą i żebrzą zamiast wziąść
się do jakiejś roboty. Brrrr? Trafiliśmy na peron na chwilę przed odjazdem
pociągu do Pasewalku. Obsługuje tą trasę czerwoniutki, ładniutki autobus
szybnowy DB. Natomiast nas w drogę powrotną zabrał ?Włókniarz", na czele
którego znajdowała się EU07-188. Fantastyczny pociąg! Same studentki wracające
z zaocznych studiów do podszczecińskich miejscowości. Niestety, nie umiały mi
wyjaśnić fenomenu tych buciorów na ponad 10 centymetrowych koturnach. Może
dlatego, że same ich nie miały na nogach? Ale to nawet dobrze. Na szopie w
Krzyżu dojrzałem 4 gagariny i 2 rumuny. Nieopodal naszego wagonu do odjazdu
szykowal się już ST43-195 + SM42 ze składem towarowym w stronę Kostrzyna, ma
się rozumieć. W Poznaniu przesiadka do IC Ślęża. Jezus Maria! Więcej tym
badziewiem nie jadę ? ciasne to to, ludzi full, miejscówki mieliśmy tyłem do
kierunku ...

więcej »

Jak powstawały długi PKP?

Wrzucam przedruk z "Naszego Dziennika":

PKP na skraju bankructwa
Zastawiony majątek

Ponad półtora tysiąca zastawionych wagonów towarowych, osobowych i
lokomotyw, kilka wartościowych nieruchomości, dziesiątki podpisanych weksli
in blanco zabezpieczających wierzycielom spłatę przyznanych kredytów oraz
umowy cesji należności na rzecz kredytodawców - oto świadectwo tego, iż
Polskie Koleje Państwowe zostały doprowadzone przez kolejne zarządy na skraj
bankructwa. Ustawa o restrukturyzacji, komercjalizacji i prywatyzacji
przedsiębiorstwa ma tylko ułatwić proces wyprzedaży firmy.
Obecnie można już powiedzieć, że przedsiębiorstwo PKP stoi na skraju
bankructwa. Jest zadłużone w bankach komercyjnych, międzynarodowych
instytucjach finansowych, ma również ogromne należności wobec kasy państwa.
Z drugiej strony, szanse na ich spłatę wciąż maleją. Choć zarząd firmy
planuje wielkie wpływy z prywatyzacji, to okazuje się, że najlepsza część z
przygotowanego do sprzedaży majątku została już zastawiona. Tu koło się
zamyka.
Długi
Jeszcze we wrześniu 1993 r. PKP zaciągnęły w Banku Handlowym S.A. kredyt
inwestycyjny w celu sfinansowania zakupu 50 wagonów typu Z1. Umowę podpisano
na 110,33 mln DEM. Pożyczkę poręczył skarb państwa, a na jej zabezpieczenie
wystawiono pierwsze sześć weksli in blanco na wspomnianą kwotę plus odsetki
i prowizje.
Następne, "niepozorne" pożyczki Zarząd PKP zaciągał w różnych europejskich
instytucjach finansowych, które również poręczył skarb państwa. Pod koniec
1993 r. podpisano pierwszą umowę na modernizację linii E-20. Pieniądze w
kwocie 200 mln euro pożyczył Europejski Bank Inwestycyjny, a formą
zabezpieczenia było wystawienie kolejnych weksli in blanco. Pierwsze 38
sztuk pokryło kwotę 96,31 mln euro, a następne 36 sztuk - 279,20 mln euro.
Dwa lata potem na modernizacje tej samej linii ten sam bank pożyczył w
ramach tzw. Trzeciego Projektu Transportowego kolejne pieniądze. Tym razem
skarb państwa zabezpieczył pożyczkę 40 mln euro, na które wystawiono 37
sztuk weksli in blanco na kwotę 71 mln euro. Trzy lata potem na tę samą
inwestycję pożyczono 50 mln euro, tym razem od Europejskiego Banku Odbudowy
i Rozwoju. W związku z tym wystawiono 28 weksli in blanco na sumę 77 mln zł.
Potem przyszła kolej na kredyty pod hipotekę.
W lutym 1997 r., by dokonać zakupu kilku lokomotyw i uzyskać niezbędne do
tego środki finansowe, kolej zaciągnęła pożyczki w konsorcjum bankowym,
któremu przewodził Bank BRE S.A. Dzięki podpisanym 14 lutego 1997 r. dwóm
umowom PKP otrzymały ponad 285 mln zł oraz 167 mln franków szwajcarskich. By
uzyskać te pieniądze, zastawiono działkę nr 50 przy ul. Targowej, Wileńskiej
i al. Solidarności w Warszawie, czyli obiekt, w którym swoją siedzibę
znalazły m.in. związki zawodowe czy część kolejowej administracji. Pod
zastaw poszły też trzy lokomotywy zakupione wcześniej od ADtranz. W umowie
PKP zobowiązały się także do ewentualnego przejmowania przez wierzyciela
należności walutowych z tytułu rozliczeń i rozrachunków prowadzonych przez
Centralne Biuro Rozrachunków Zagranicznych w Bydgoszczy oraz przekazania
prawa do należności pieniężnych z tytułu przewozów zawartych przez Dyrekcję
PKP, DOIK oraz CBRZ z wszystkimi podmiotami gospodarczymi. Po prostu PKP nie
mogą w ogóle liczyć na żadne wpływy. Na zabezpieczenie tej pożyczki
wystawiono również 20 weksli in blanco - pierwsze 10 na kwotę 165 mln
franków szwajcarskich, a następne 10 sztuk na 285 mln zł.
Jeszcze w tym samym roku oraz w styczniu 1998 r. Bank Handlowy S.A. przyznał
kredyty inwestycyjne na zakup węglarek. By uzyskać potrzebne do tego celu
118 mln zł, kolej zastawiła 735 innych węglarek oraz zobowiązała się do
przelewania wszystkich krajowych i zagranicznych wierzytelności. Niestety,
środki z następnych kredytów nie szły już na inwestycje, ale na
sfinansowanie działalności bieżącej, czyli na wypłaty dla pracowników.
Łącznie w BRE i Banku Handlowym pożyczono na ten cel 137 mln zł. Formą ich
zabezpieczenia były zastawy hipoteczne: nieruchomości w Poznaniu, Łodzi,
Warszawie i zastawy majątku ruchomego, czyli 715 sztuk różnego rodzaju i
typu wagonów, a w przypadku umowy z 18 czerwca 1999 r. kolej odstąpiła także
prawa do należności wynikających z umów zawartych z Trade Trans. Jak mówią
po cichu związkowcy "właściwie już niewiele nam zostaje".
Poza tym PKP zalegają z płatnościami podatków, ceł, składek
ubezpieczeniowych i ZUS, a suma zobowiązań krótkoterminowych przekracza już
6,35 mld zł. Generalnie Zarząd PKP przewiduje, że do końca tego roku będzie
zadłużony na sumę przekraczającą 8,1 mld zł, w tym zobowiązania
długoterminowe wyniosą 1,75 mld zł.

Ustawa, prywatyzacja, nieruchomości

Polskie Koleje Państwowe posiadają majątek, który można oszacować według
wartości księgowej - na sumę około 19 mld zł. W jego skład wchodzi tzw.
majątek liniowy, na który składa się kolejowa infrastruktura, m.in. tory,
semafory, nastawnie itp. o wartości 10 mld zł oraz tzw. ruch pasażerski i
towarowy, czyli wagony i lokomotywy o wartości 9 mld zł. Jak na razie
właściwie nikt nie przewidywał i nie przewiduje prywatyzacji majątku
liniowego, czyli infrastruktury, choć nie wiadomo do końca, które z
kolejowych nieruchomości zostaną uznane za niezbędną infrastrukturę, której
nie można się pozbyć. Najistotniejszym więc elementem tego, co posiada kolej
w kontekście przygotowywanej ustawy prywatyzacyjnej, jest "ruch" pasażerski
oraz towarowy - to on jest przedmiotem restrukturyzacji firmy i to on
zostanie sprzedany. Zgodnie z dyrektywą Unii Europejskiej, majątek firmy
musi być podzielony przynajmniej na "ruch" i "infrastrukturę". Oznacza to,
że przy każdym wariancie prywatyzacyjnym PKP będą podzielone zgodnie z tym
schematem na dwie odrębne firmy. Jednak, co ciekawe, ten wart około 9 mld zł
majątek, przy długach przekraczających 8 mld zł, choć został przewidziany do
prywatyzacji, w dużej mierze został już zastawiony w celu uzyskania
kredytów. Na ich spłatę nie ma na razie żadnych szans.
Zarząd PKP przewiduje mimo wszystko, że w latach 2004-2000 już po wejściu w
życie ustawy i po przeprowadzeniu programu restrukturyzacyjnego uzyska
wpływy z prywatyzacji nieznacznie przekraczające 4 mld zł. Zasadnicze
pytanie brzmi jednak, co PKP chce sprzedawać? Być może chodzi o to, by do
masowej sprzedaży przeznaczyć liczne nieruchomości, którymi dysponuje
Dyrekcja Nieruchomości PKP z siedzibą w Gdańsku. To ona administruje
kolejowym majątkiem, w skład którego wchodzi około 17 tys. działek
gruntowych o powierzchni ponad 37 tys. hektarów, oraz 16.906 sztuk budynków.
Jest to 3 tys. budynków dworców, stacji i przystanków osobowych, ponad 20
tys. budowli, w tym 9 tys. budowli komunikacyjnych. Nieruchomości
niewykorzystywane w regulaminowej działalności przedsiębiorstwa PKP mają
podlegać komercyjnemu zagospodarowaniu, czyli sprzedaży, najmowi i
dzierżawie całości bądź części nieruchomości lub wnoszeniu ich aportem do
spółek utworzonych z udziałem PKP. Nie wiadomo jednak dokładnie, które
spośród nich będą przekazane do sprzedaży, a które zostaną uznane za
niezbędne i wejdą do majątku Polskich Linii Kolejowych.

Maciej Walaszczyk

Kolejarska "Solidarność" grozi strajkiem



| Generalnie przyznaję Ci rację, ale tutaj piszemy o tym co Koleje
| Mazowieckie zrobiły/nie zrobiły,

ochronę (działającą - na własne oczy widziałem jak SOK wlepił mandaciki na
drobne 30zł jakiemuś zgredowi i dresikowi za jaranie szlugów w przedsionku
kibla) to dlatego że klimat polityczny stał się ku temu sprzyjający. W
innych
ZPR-ach, tam gdzie samorządowych spółeczek nie powołano ochrona nadal nie
jeździ?


Rozumiem, ale wyciągasz pochopne wnioski, równie dobrze można powiedzieć, że
z badań przewoźników wynika, że w ochronę opłaca się inwestować, albo że
akurat teraz zwiększyły się dewastacje, okradanie pasażerów.

A jaka jest korzyść z mieszanych składów? Taka że ma się wybór: miejsce
siedzące w fullplastiku albo stojące w deluxe? Czy podróżni jadący tylko
do
Piastowa będą aż tak zdyscyplinowani aby zajmować fullplastik
pozostawiając
kibel "o podwyższonym standarcie" tym jadącym do Skierniewic?


No ale jak jest tłok to rodzaj siedzeń, o ile się na nich akurat nie siedzi
jest bez znaczenia.

| Do Radomia często jeżdżą te z miękkimi siedzeniami.

WIeczorem - zwykle tak (przynajmniej tak było przez ostatnie lata). W
dzień
conajmniej równie często jest fullplastik). Małkinia to też o wiele dalej
niż
o rzut beretem. A Siedlce, SkierniEwice, Dęblin... Tym bardziej że nieraz
obieg wychodzi taki że deluxe z 1 klasą jedzie tylko do Otwocka.


Działdowo podróż 3h, Radom 2h, Skierniewice 1h10, Dęblin 2h, Siedlce 1h40
oprócz Dęblina różnice są, zresztą mi nie o to chodzi że problemu nie ma, bo
jest, tylko o to że nie jest to aż tak dramatyczne ja to przedstawiasz.

| Mnie tam specjalnie fullplastiki nie przeszkadzają i nie uważam tego za
| olbrzymi problem,

Aż takie krótkie masz kończyny dolne? ;-)


Wysoki specjalnie nie jestem, ale jaki ma to związek z twardością siedzeń.

| Tu się nie zgadzam. Jeżeli już to oprócz zakupu nowego taboru, dokonywać
| równocześnie modernizację jednostek, ale samorząd może dać na nowy tabor,
| a
| na modernizację w dodatku nie swojego taboru nie da złamanego grosza (bo
| nie może). Myślę, że dlatego jest to też przyczyna wstrzymania obecnie
| modernizacji.

Ano właśnie: nie będzie miękkich siedzeń bo widmo Stadlerów krąży nad KM.
A
taka perspektywa nie podoba mi się zdecydowanie.


Wyjaśniłem już jaka jest różnica w inwestowaniu w swój tabor, a jaka w
pożyczony, póki KM nie przejmie EZT od PKP PR raczej większych modernizacji
nie będzie.

| A pomyśl ile za ok. 10 mln. zł. wydanych na EW60 możnaby zrobić
| modernizacji, czy też tak upragnionych przez Ciebie wymian siedzeń.

To te EW60 były aż takimi trupami? Chyba nie chcesz powiedzieć że koszt
ich
odbudowy jest tego rzędu co koszt zakupu 2 Stadlerów? Tak czy inaczej 2
dodatkowe kible się przydadzą, tylko wqrwi mnie jeśli i one przyjdą jako
fullplastic.


Raczej jest to koszt 2/3 jednego Stadlera, ale to tylko dowodzi że nie ma
sensu robić wielkich modernizacji a'la SKM Warszawa.

| Zakładając 10 składów na rok to po 10 latach połowa taboru będzie
| wymieniona, myślę że to nie jest zły wynik.

Zakładasz że rok w rok konsekwentnie będą kupować 10 Stadlerów za
niebotyczną
kasę?


Na razie zgodnie z zapowiedziami ma być przetarg na 11 push-pulli, jak
wszystko wypali to przez okres 3 lat przybędzie 21 składów (z tym że
push-pulle mają większą pojemność od EZT), czyli obecnie można na to
spojrzeć dość optymistycznie, ale oczywiście czas pokaże.

| Zachodniopomorski ZTM jeździ swoimi niemcobusami ze Szczecinka do
| Słupska, i tam jakoś dasię, i to bez powoływania spółeczki Koleje
| Zachodniopomorskie.

| To jest inna historia bo firma jest ta sama,

No i jaki stąd wniosek? Było nie powoływać KM tylko zrobić porządek w
MZPR,
to nie byłoby teraz wymówki że "firma jest inna więc do Łomży nie
pojedziemy".


Myślę, że wyciągasz błędne wnioski.

Czyli jednak potwierdzasz że podział był chory, bo ta ekonomia jest jego
konsekwencją.


Sama idea podziału była dobra, tylko wykonanie złe. Na pewno powinna powstać
spółka/dyrekcja która nadzorowałaby infrastrukturę, ale łącznie z siecią
trakcyjną i wszystkimi budynkami. Do tego dwóch przewoźników pasażerski i
towarowy.
Powstanie KM jest tylko konsekwencję nieudolności w organizowaniu przewozów
przez PKP PR. Samorząd województwa ma ustawowy obowiązek organizowania
przewozów kolejowych, jak już musiał dopłacać do wolał dopłacać do czegoś co
jest jego.

| po drugie PKP PR nawet jakby miało niepotrzebne kible to i tak by ich
| żadnej innej firmie nie sprzedało, a najwyżej zezłomowało tak jak Bipy.

Czyli kolejny problem w konsekwencji powstania KM. A będzie ich dużo
więcej:
ciekawe co będzie tańsze: NIC (Nocny InterCity) "Przemyślanin" czy
przejazd
całej jego trasy zatrzymującymi się na każdym p.o. kiblami, kolejno
przyszłych Kolei Zachodniopomorskich, Wielkopolskich, Dolnośląskich,
Opolskich, Śląskich, Małopolskich i Podkarpackich. Jedno jest pewne:
najtaniej na tej trasie będzie kalkulował się bus. I będzie zdecydowanie
szybszy przynajmniej od kibli, tylko prawdopodobieństwo że ulegnie się
śmiertelnemu wypadkowi na tak długiej trasie stanie się niepomijalne.


Jak wyżej. Gdyby PKP umiały/chciały dobrze organizować przewozy nie trzeba
by powoływać spółek samorządowych. Jeszcze raz napiszę, wyodrębnienie KM nie
jest dalszym ciągiem podziału PKP, tylko jego konsekwencją.

| Nie tyle PKP PR ile całej pekapy.

| Jak zwał tak zwał i tak na to samo wychodzi.

Nie do końca: pekapiarska czapka zdecydowanie faworyzuje PKP PIC, prąc do
zmonopolizowania ruchu dalekobieżnego przez tę spółeczkę. Powoływanie
kolijnych spółeczek regionalnych, jak KM a niebawem i KW jest ważnym
etapem
na tej drodze, skoro opór kolejarzy przed załatwieniem tego w drodze
jednego
ukazu okazał się zbyt silny.


Być może, ale to i tak lepiej dla kolei w Polsce, niż degrengolada jaka
dalej by funkcjonowała. Pomijając faworyzowanie PKP IC jednak musisz
przyznać, że kultura obsługi podróżnego jest tam o wiele wyższa niż w PKP
PR.

| Mnie tam pomysł z malowaniem, jak i same malowanie bardzo się podoba,
| choć
| faktycznie liczyłem również na modernizacje.

To się przeliczyłeś


Jak na razie tak.

| Widzisz w 2004 roku z tym rozkładem to się istne dziwy działy, ale jaki
| miała wpływ zapowiedź powstania KM chyba się nigdy nie dowiemy.

Teraz już jestem w kropce: co chciałeś powiedzie?


Dowodów żadnych nie ma, jednak rozkład w 2004 roku był o wiele gorszy od
tego z 2003 może była to przyczyna małej dotacji, może nie. Powiem Ci jedno
(to też będzie się tyczyło KM) jeżeli jakiś przewoźnik nie jest w stanie
zarobić (czy przynajmniej nie trącić) na podwarszawskich liniach, czy ułożyć
zadawalającego pasażerów rozkładu jazdy powinien stamtąd wylecieć i tak też
stało się z PKP PR, jeżeli tego nie będzie potrafiła KM ja też wcale nie
będę jej żałował (niech samorząd ogłasza przetarg, chętni na pewno się
znajdą).

|  ale tam też jest nieszczęsna granica województw.

A jakie to ma znaczenie, na linii Siedlce - Łuków to już granicy nie ma?


Jest, ale bliżej Łukowa, zresztą zawsze można się z ościennym województwem
dogadać.

| z Przysuchy nie do Warszawy lecz tylko do Radomia już nie? Z Gucina do
| Ostrowi Maz lub Ostrołęki również nie?


Oczywiście, że tak, ale jak będą odpowiednie możliwości, już pisałem sama
reaktywacja dla reaktywacji jest bez sensu.
Weźmy Nasielsk - Sierpc, tutaj zabija wszystko Linia Warszawa - Nasielsk
przez to dojazd z np. Płońska do Warszawy pociągiem nie jest konkurencyjny
czasowo, a wobec tego na linii dominuje ruch lokalny (bardzo lokalny)

| Nawet jak tak, to jakie to są potoki.

To jest sposób myslenia dolmusiarza, a nie przedsiorstwa użyteczności
publicznej. Gdyby na miejsce ZZPR stworzyć spółeczkę siłami decydentow o
mentalności decydentów KM, to nowozakupiony SA 103 zamiast jeździć do
Kalisza
Pom. wykonywałby kursy na liniach Goleniów - Szczecin - Starggard Scz. I
nigdzie dalej, bo "jakie to są potoki".


Płacisz, masz. Wszystko zależy od pieniędzy wyasygnowanych na określony cel.

| Ostrołęka - Wielbark to chyba linia o znaczeniu państwowym, więc też nie
| ruszą.

Złomiarze zawsze mogą wyręczyć pekapę.


Linia o znaczeniu państwowym musi być utrzymywana w przejezdności.

| Może jak z Siedlec do Warszawy zaczną 160 km/h jeździć Stadlery (z
| postojem tylko w Mrozach i Mińsku Maz.) to zobaczymy jak powinna
| wyglądać regionalna kolej.

Obawiam się że zobaczymy także o ile drożej niż zwykłym zatrzymującym się
w
każdym pipidówku kiblem powinna kosztować jazda takim RegioExpressem.


Jak na razie KM nie rozróżnia opłat za pociągi osobowe i przyspieszone.

| Tutaj raczej chodziło mi ogólnie. Bo jak jest reaktywacja to trzeba
| trochę
| pieniędzy w linię włożyć, a PKP PLK nie jest do tego skore więc kombinuje
| żeby przekazać do PKP Nieruchomości żeby problemu się pozbyć raz na
| zawsze.

Na Mazowszu nie ma tak wiele do przekazania do Nieruchomości, może jeszcze
tylko odcinek Śniadowo - granica. Na pewno nie Tłuszcz - Legionowo, bo to
północno - wsch. obwodnica Wawy.


Ostrołęka - Łapy to też linia o znaczeniu państwowym.



...

więcej »

Kolejarska "Solidarność" grozi strajkiem


Rozumiem, ale wyciągasz pochopne wnioski, równie dobrze można powiedzieć,
że z badań przewoźników wynika, że w ochronę opłaca się inwestować


To prawda więcej niż oczywista, ale nie dla lewackich szermierzy politycznej
poprawności którzy obecnie zostali odsunięci na boczny tor (żeby znów nie
było że NTG ;-))

albo że akurat teraz zwiększyły się dewastacje, okradanie pasażerów.


A zwiększyły się?

No ale jak jest tłok to rodzaj siedzeń, o ile się na nich akurat nie siedzi
jest bez znaczenia.


Ale ma dla tych którzy siedzą. I jeśli nawet siedzą na fulplastic, to nie
będą biegać do jednostki deluxe aby sprawdzić czy coś już się zwolniło, bo
jesli nie, to będą musieli stać przez resztę drogi. Lepiej już nie tworzyć
mieszanych składów tylko racjonalnie gospodarować tymi lepszymi. Ale co można
zrobić mając ich do dyspozycji zaledwie jakieś 20? Krótka kołdra :-(

Siedlce 1h40 oprócz Dęblina różnice są, zresztą mi nie o to chodzi że
problemu nie ma, bo jest, tylko o to że nie jest to aż tak dramatyczne ja
to przedstawiasz.


Albo i bardziej dramatycznie. Warszawa Wsch-Łuków, 2h 45h'; wczoraj o 16:52 -
2 X fullplastic :-(

| Mnie tam specjalnie fullplastiki nie przeszkadzają i nie uważam tego za
| olbrzymi problem,

| Aż takie krótkie masz kończyny dolne? ;-)

Wysoki specjalnie nie jestem, ale jaki ma to związek z twardością siedzeń.


A ma. Fullplastikowe "kubełkowe" siedzenia w tramwajach 105N są całkiem
znośne, można się bowiem dobrze w nie wpasować, mają nawet wyżłobienie na
kręgosłup. Ktoś kto wymyślił fullplastikowe siedzenia do kibli był pozbawiony
wszelkiej wypobraźni, robił to tak jakby miały one być wykonane z miękkiego
materiału. Są one niziutkie, jak dla przedszkolaków, ma się więc do wyboru
albo usiąść kantem doopy trzymając kolana pod brodą i nachylając się do
przodu aby nie zjechać do tyłu, albo rozsiąść się "wygodnie" w wyniku czego
odgniata się dolny odcinek kręgosłupa oraz ścięgna w kolanach, te ostatnie z
racji zbyt długiego siedziska. Może CDOKP/MZPR zamówił je mając na
uwadze "wygaszenie popytu" a KM rezygnując z zastąpienia ich czymkolwiek
lepszym podtrzymuje tę politykę?

KM nie przejmie EZT od PKP PR raczej większych modernizacji nie będzie.


Czyli jeszcze jedna "wojenka": PKP PR nie chce oddać kibli, a KM upiera się
aby mimo to istnieć. A cierpią na tym podróżni.

Raczej jest to koszt 2/3 jednego Stadlera,


???? Tyle nie powinna kosztować nawet budowa od podstaw obu tych EW60. To tak
jakby powiedzieć że koszt jednej syrenki to 2/3 kosztów nowego merola.

ale to tylko dowodzi że nie ma sensu robić wielkich modernizacji a'la SKM
Warszawa.


To nie była modernizacja tylko budowa od podstaw zupełnie nowych pudeł.
Alternatywą było zezłomowanie tamtych kiblowych pozostałości.

Na razie zgodnie z zapowiedziami ma być przetarg na 11 push-pulli, jak
wszystko wypali to przez okres 3 lat przybędzie 21 składów (z tym że
push-pulle mają większą pojemność od EZT), czyli obecnie można na to
spojrzeć dość optymistycznie, ale oczywiście czas pokaże.


EU 11 też miały przybyć. Tymczasem EN57-2xxx przybywają naprawdę, a ich
paszżerowie mają powody do satysfakcji. Ale nie w Warszawie.

Myślę, że wyciągasz błędne wnioski.


To wyciągnij te właściwe. W Szczecinie i Gdańsku nie ma regionalnych
spółeczek i dałosie jeździć ze Szczecinka do Słupska. W Warszawie regionalna
spółeczka jest i niedasie jeździć z Ostrołęki nawet choćby tylko do Łomży, o
Łapach już nie wspominając. Jaki zatem masz argument za regionalizacją?

Sama idea podziału była dobra, tylko wykonanie złe. Na pewno powinna
powstać spółka/dyrekcja która nadzorowałaby infrastrukturę, ale łącznie z
siecią trakcyjną i wszystkimi budynkami. Do tego dwóch przewoźników
pasażerski i towarowy.


A tak będzie fafnaście samych tylko przewoźników osobowych.

Powstanie KM jest tylko konsekwencję nieudolności w organizowaniu przewozów
przez PKP PR.


A czy uogólniając w ten sposób nie obrażasz przypadkiem kolejarzy z takiego
Szczecina?

Samorząd województwa ma ustawowy obowiązek organizowania przewozów
kolejowych, jak już musiał dopłacać do wolał dopłacać do czegoś co jest
jego.


Raczej dopłacać "do swoich". Przekłada się to na głównie pieniądze, na jakość
usług już znacznie mniej.

Gdyby PKP umiały/chciały dobrze organizować przewozy nie trzeba by
powoływać spółek samorządowych.


Jak na razie pogłębiło to głównie charakterystyczne dla MZPR patologie. W
kosztowny sposób zresztą.

Jeszcze raz napiszę, wyodrębnienie KM nie jest dalszym ciągiem podziału
PKP, tylko jego konsekwencją.


A przed podziałem to niby wszystko było cacy? Jesli już wydzielono takie PKP
PIC, należało konsekwentnie trzymać się roli, jaką mu powierzono. Exkluzywne
IC-ki, żadnych TLK podkradanych PKP PR, nawet jeśli obecnie ktoś nimi jeździ.
Słonecznik "wypalił" KM-om - ale czy taka była idea ich powoływania?
Powstanie spółeczka trójmiejska, to pewnie zechcą zrobiś swoją jego edycję,
zamiast wozić ludzi w swoim regionie. I zrobi się "wojna podjazdowa" na cały
kraj, a podrózny dostanie po kieszeni, jeśli pomyli spółeczki i wsiądzie z
niewłaściwym biletem. Czy kolej to busiarstwo?

Być może, ale to i tak lepiej dla kolei w Polsce, niż degrengolada jaka
dalej by funkcjonowała.


Ta degrengolada funkcjonowała i funkcjonuje nadal za przyczyną różnych
Wielądków, Janików, Janiszewskich (tfu! Nic mi nie wiadomo abym takiego
nieudacznika miał w rodzinie!)... Teraz dojdzie jeszcze jakaś pani prezes od
trawników o miłym skądinąd image'u. I ona jedna ma to zmienić samą swoją
obecnością?

Pomijając faworyzowanie PKP IC jednak musisz przyznać, że kultura obsługi
podróżnego jest tam o wiele wyższa niż w PKP PR.


Nooo, a co dopiero na tle fullplastikowych kibli KM :-Ale może nie każdy
marzy tylko o popiciu gorącą kawą bezpłatnego batonika siedząc w usytuowanym
dokładnie naprzeciwko ściany fotelu jakiegoś Bdhmnu'a, chciałby za to
pojechać schludnym mechpomem za przystępną cenę, i z własnym batonem w
kieszeni?

Dowodów żadnych nie ma, jednak rozkład w 2004 roku był o wiele gorszy od
tego z 2003 może była to przyczyna małej dotacji, może nie.


A rozkład z 2003 r był o wiele gorszy od tego z 2002, ten z 2002 - od tego z
2001... To był ogólnopolski, ze wskazaniem na Warszawę "trynd" który
powstrzymano w r. 2005 kosztem ogromnych dotacji i zgody na dalszy rozrost
okołopekapiarskiej biurokracji .

Powiem Ci jedno (to też będzie się tyczyło KM) jeżeli jakiś przewoźnik nie
jest w stanie zarobić (czy przynajmniej nie trącić) na podwarszawskich
liniach, czy ułożyć zadawalającego pasażerów rozkładu jazdy powinien
stamtąd wylecieć i tak też stało się z PKP PR,


A stało się cokolwiek? Przecież KM odziedziczyła po PKP PR
cale "dobrodziejstwo inwentarza, poza kiblami jedynie. Skoro było aż tak źle,
może należało zainteresować prokuraturę, może NIK, a nie szarpać postaw
czerwnonego sukna, byle dla "swoich" też dało się coś urwać.

jeżeli tego nie będzie potrafiła KM ja też wcale nie będę jej żałował
(niech samorząd ogłasza przetarg, chętni na pewno się znajdą).


A prawo Parkinsona znasz? Musieliby się znaleźć chętni gotowi nie tylko wozić
pasażerów ale zarazem zatrudnić urzędasów tak dawnego MZPR jak i obecnego KM.

| A jakie to ma znaczenie, na linii Siedlce - Łuków to już granicy nie ma?

Jest, ale bliżej Łukowa, zresztą zawsze można się z ościennym województwem
dogadać.


Za to przy linii Pilawa - Łuków znajduje się sławne miasteczko Stoczek:
"Panowie (czyżby z KM?) w stolicy kurzyli cygara", a co do tego dogadywania
się to widać niedasie skoro się nie dogadano :-(

Weźmy Nasielsk - Sierpc, tutaj zabija wszystko Linia Warszawa - Nasielsk
przez to dojazd z np. Płońska do Warszawy pociągiem nie jest konkurencyjny
czasowo, a wobec tego na linii dominuje ruch lokalny (bardzo lokalny)


Tym bardziej że z ostatniego wieczornego szynobusu w Nasielsku niedasie już
pojechać kiblem do Wawy. Więc co tu mówić o dogadywaniu się z ościennym
wojewódzwem skoro nawet przesiadki w ramach samego KM niedasie zrobić,
podobnie jak i przyspieszonych, skomunikowanych z szynobusami kibli nie
zatrzymujących się w rozmaitych Brodach, Janówkach i Płudach?

Płacisz, masz. Wszystko zależy od pieniędzy wyasygnowanych na określony cel.


To jeszcze za mało pieniędzy władowano w KM

Linia o znaczeniu państwowym musi być utrzymywana w przejezdności.


Albo przestać być uznaną za linię o znaczeniu państwowym.

| Może jak z Siedlec do Warszawy zaczną 160 km/h jeździć Stadlery (z
| postojem tylko w Mrozach i Mińsku Maz.) to zobaczymy jak powinna
| wyglądać regionalna kolej.

| Obawiam się że zobaczymy także o ile drożej niż zwykłym zatrzymującym się
| w każdym pipidówku kiblem powinna kosztować jazda takim RegioExpressem.
Jak na razie KM nie rozróżnia opłat za pociągi osobowe i przyspieszone.


A, nie wiedziałem że obecne przyspieszone pociągi KM rozwijają 160km/h. :-A
skąd wiadomo że przyszłe Stadlery nie zostaną sklasyfikowane
jako "MazoExpressy"?

Ostrołęka - Łapy to też linia o znaczeniu państwowym.


A drzewka podobno rosną :-(

Ja nie pisałem, że tak nie jest. Jest taryfa i kasjerki powinny wydawać
bilet zgodnie z nią, jak klient życzy sobie jechać z Warszawy do Czyżewa
osobowym to należy mu taki bilet wydać.


Ale taryfa swoje, a kasjerki swoje. Widać rozumowały po ...

więcej »

Historia komputerów i nie tylko...

"CRN Polska rozmawia z Jackiem Karpińskim, konstruktorem pierwszego polskiego minikomputera K-202.

CRN: W początkach lat 70. skonstruował pan pierwszy polski minikomputer - K-202, maszynę, która wyprzedzała epokę i biła na głowę wszystkie ówczesne konstrukcje. Wie o tym każdy, kto otarł się o informatykę. Znana jest także historia prześladowań - bo tak przecież trzeba to nazwać - jakich doznał pan w PRL. Dlaczego jednak dziś, żeby dotrzeć do fenomenalnego konstruktora, muszę odwoływać się do pomocy Stefana Bratkowskiego? Gdyby nie informacja, że jesteście panowie przyjaciółmi, w żaden sposób nie odnalazłbym pana w mieszkaniu we Wrocławiu.

Jacek Karpiński: To bardzo długa historia. Kiedy w 1980 roku do mojego gospodarstwa na Mazurach pozjeżdżali się nagle dziennikarze, pewna pani z telewizji zapytała, co mi strzeliło do głowy, żeby na zapadłej wsi hodować świnie. Odpowiedziałem, że wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami.
Potem to poszło w Polskiej Kronice Filmowej! Po prostu zrobiono mi strasznie dużo świństw.

CRN: W PRL nie chciano ani pana, ani pana komputera. Dlatego w 1978 roku wyniósł się pan pod Olsztyn, żeby hodować świnie i kury. Na początku lat 80. dużo pisano o tym w prasie. Ja jednak pytam o dzień dzisiejszy. Przecież po roku 1990 próbował pan uruchomić produkcję skanerów, kas fiskalnych.

Jacek Karpiński: Próbowałem, ale się nie udało. Tylko po części dlatego, że nie mam głowy do interesów. Próbę produkcji mojego Pen-Readera udaremnił bank BRE, w którym wziąłem kredyt. W rezultacie straciłem dom w podwarszawskim Aninie. Mój zakład pod Mińskiem Mazowieckim, który miał produkować kasy fiskalne, zwyczajnie rozkradziono. Policja nigdy nie trafiła na ślady
złodziei. Próby nawiązania współpracy w produkcji moich kas z Libellą i Apatorem zakończyły się fiaskiem. Libella pozbyła się mnie, jak tylko zorganizowałem zakład i uruchomiłem produkcję. Apator dokumentnie spieprzył mój projekt. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż. To wszystko jednak wcale nie oznacza, że mam zamiar się poddać.

CRN: Stefan Bratkowski jest pełen podziwu dla pana wielkiej odporności.

Jacek Karpiński: Jako młody chłopak sporo przeszedłem. Musiałem być odporny. I tak już zostało.

CRN: Zmieńmy temat i zacznijmy od początku. Pana wojenna przeszłość nie była dla władz PRL bez znaczenia. Był pan w Szarych Szeregach, batalionie "Zośka", brał pan udział w powstaniu warszawskim.

Jacek Karpiński: W powstaniu niestety tylko jeden dzień. Ale, jak pan powiedział, zacznijmy od początku.
W Szarych Szeregach zajmowaliśmy się drobnym sabotażem. Zrywaliśmy flagi, tłukliśmy szyby w niemieckich sklepach, rzucaliśmy petardy pod posterunki. Takie drobne paskudztwa robiliśmy Niemcom. Do dziś z łezką w oku wspominam, jak rozbijaliśmy szyby u Meinla. Potem wstąpiłem do Grup Szturmowych, które po śmierci "Zośki" zostały przekształcone w batalion jego imienia. Uczestniczyłem w akcji "Sieczychy", w której zginął "Zośka". Brałem też udział w wielu akcjach rozpoznawczych. Takie akcje były w gruncie rzeczy bardziej niebezpieczne niż walka.

CRN: I wymagały stalowych nerwów.

Jacek Karpiński: Wymagały. Pod Celestynowem i pod Urlami brałem udział w rozpoznaniu ruchu pociągów. Przed akcją musieliśmy dokładnie znać rozkład jazdy, wiedzieć, jaka jest obstawa, mieć pojęcie o tym, jak poruszają się patrole pilnujące torów. Na rozpoznanie nie wolno było brać broni ani dokumentów. Chodziło o to, żeby w razie wpadki nie uprzedzić Niemców, że coś ma się wydarzyć. Zaszyłem się w krzakach, prowadziłem notatki. W pewnym
momencie pojawiło się dwóch żandarmów. z psem. Oczywiście pies natychmiast mnie wyczuł. Zaczął ujadać, rwać się ze smyczy. Trudno opisać, co się we mnie wtedy działo. Przecież gdyby mnie znaleźli albo zastrzeliliby na miejscu, albo trafiłbym na przesłuchanie na Pawiak, co byłoby jeszcze gorsze. Mogłem tylko
czekać. Patrol był nie dalej jak dwadzieścia metrów ode mnie, gdy żandarm niespodziewanie skarcił psa i pociągnął go w inną stronę.
- Głupie bydle - powiedział. - Pewnie rwie się do jakiegoś zająca.
Miałem wtedy bardzo dużo szczęścia.
Byłem też na kilku rozpoznaniach przed likwidacją Kutschery. Pamiętam taką sytuację: siedzimy we czterech w samochodzie na Rynku Nowego Miasta. Nagle od tyłu podjeżdża do nas wanna - odkryta ciężarówka z żandarmami i ciężkim karabinem maszynowym na stojaku. Stanęli obok, wycelowali w nas. cholera!
Naszym kierowcą i dowódcą był "Miki"-"Sem", kapitalny facet, bardzo opanowany.
- Panowie - powiedział - spokój. Uśmiechamy się.
I zaczęliśmy się uśmiechać. Niemcy celują, a my siedzimy i uśmiechamy się do nich, jak gdyby nigdy nic. I niech pan sobie wyobrazi, że po paru minutach odjechali! Ale cośmy wtedy przeżyli, to nasze! W czasie walki nie ma takich stresów. Do dziś pamiętam to paskudne uczucie.

CRN: I nie wziął pan udziału w powstaniu?

Jacek Karpiński: Zostałem ranny już pierwszej nocy. I na tym się skończyło. 1 sierpnia przewoziliśmy broń z dolnego Mokotowa na plac Zawiszy. Magazyn był u mnie w domu, na Obserwatorów 22. Na kilka godzin przed powstaniem wydano rozkaz kompletnego przemeblowania oddziałów. To było zupełnie idiotyczne, potwornie głupie. Byłem dowódcą sekcji, rozkaz przyszedł o dwunastej.
Ściągnęliśmy ze wsi jakąś furę, załadowaliśmy broń, przykryliśmy słomą i zasuwamy - fura kłusem, my biegiem. Koło trzeciej na skrzyżowaniu Chałubińskiego i Koszykowej zatrzymał nas szlaban. Już zaczynała się strzelanina, Niemcy zamknęli ulicę. Fura jeszcze zdążyła przejechać, my we czterech zostaliśmy.
Wbiegliśmy do budynku na rogu. Tam był szpital i szkoła pielęgniarek. Spotkaliśmy dwudziestoosobowy oddział naszych. Sytuacja fatalna - wokół pełno Niemców, my prawie bez broni, nie ma jak uciec. Uradziliśmy, że trzeba poczekać do nocy. Podzieliliśmy się na trzy grupy. Dwie pierwsze szczęśliwie
się ewakuowały. Moją, która szła jako ostatnia, Niemcy wytłukli. Ja dostałem kulę w kręgosłup. Mam ją tam niestety do dziś.

CRN: Jak udało się panu przeżyć?

Jacek Karpiński: Byłem kompletnie sparaliżowany. Lekarze wzięli mnie do szpitala, wystawili lipną kartę choroby. Potem przewieziono mnie do Pruszkowa, gdzie spotkałem moją mamę. I tak niestety ominęło mnie powstanie.

CRN: Znał pan Krzysztofa Baczyńskiego.

Jacek Karpiński: Byliśmy razem w plutonie "Alek". To był wspaniały chłopak. Sądzę, że przeczuwał, że nie przeżyje tej wojny. Podchodził do wszystkiego z dystansem, był bardzo melancholijny. Melancholijny - to dobre określenie.
Komenda Główna proponowała mu pracę w sztabie, ale on chciał do Grup Szturmowych. Powiedział, że chce być w prawdziwym wojsku. Czasem jak siedzieliśmy na dyżurze dwanaście albo dwadzieścia cztery godziny i nudziliśmy się, pisaliśmy razem głupie wierszyki, on zwrotkę, ja zwrotkę. Zupełnie inne to były czasy.

CRN: Po wojnie trafił pan na Politechnikę Łódzką, potem Warszawską.

Jacek Karpiński: Nie tak prędko. Najpierw musiałem nauczyć się chodzić. Mama zabrała mnie do Krakowa, potem do Zakopanego. Chodziłem o dwóch laskach. Kiepsko mi szło to chodzenie. W 1945 roku poszedłem z bratem i przyjacielem Józiem Lityńskim w góry. Biwakowaliśmy nad Czarnym Stawem. Któregoś dnia poszedłem na grań Liliowe Turnie i wyrzuciłem jedną laskę.
- Cholera - pomyślałem - dość tego! Będę chodził o jednej.
A po jakimś czasie poszedłem na Orlą Perć i wyrzuciłem drugą.
Z Zakopanego mama zabrała mnie i brata do Radomska. Tam zrobiłem maturę.
Podczas okupacji zajmowałem się przede wszystkim wojskiem. Byłem zapisany do szkoły mechanicznej, ogrodniczej. Wtedy tylko takie
działały. Ale nauka to była żadna. Sam więc uczyłem się w domu matematyki, fizyki, chemii, literatury i angielskiego. We wrześniu 1945 roku zdałem do liceum, przerobiłem dwuletni program w ciągu roku i zdałem maturę na samych piątkach. I dopiero potem była politechnika w Łodzi, a później w Warszawie.
Naprawdę studiowałem, nie imprezowałem. Nie opuściłem ani jednego wykładu. A że miałem fenomenalną pamięć, do egzaminów wcale nie musiałem się uczyć. To, że moja przeszłość nie jest bez znaczenia, uświadomiono mi bardzo dogłębnie zaraz po studiach. Z kilku dodatkowych prac wyleciałem natychmiast, jak z procy. To były dodatkowe prace, bo przede wszystkim byłem starszym asystentem na Politechnice Warszawskiej.

CRN: W 1957 roku, jako adiunkt w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk, skonstruował pan swoją pierwszą maszynę o nazwie AAH. Miała pomagać w prognozowaniu pogody.

Jacek Karpiński: I pomagała. AAH to był w pewnym sensie pomysł Józia Lityńskiego. Pracował wtedy w Państwowym Instytucie
Hydrologiczno-Meteorologicznym, w dziale długoterminowych prognoz pogody. Poskarżył się kiedyś, że strasznie przydałaby mu się maszyna do analizowania dużych zbiorów danych, obliczania całek Fouriera. No to mu zrobiłem. Na 650 lampach. Wykonywała analizy i pokazywała wyniki na ekranie. Przez dwa lata jej
używali. Według dzisiejszej terminologii to był taki wyspecjalizowany procesor, tyle że bardzo duży. Miała jakieś dwa metry na półtora!
Dwa lata później powstał AKAT-1. Stoi dziś w Muzeum Techniki w Warszawie. To było urządzenie do analizy równań różniczkowych.

CRN: Wtedy jeszcze władza ludowa nie zwracała na pana uwagi. Na początku lat 60. bez zastrzeżeń wypuszczono pana za granicę.

Jacek Karpiński: Wtedy jeszcze nauka była nauką. Ubowcy zaczęli infiltrować PAN dopiero w kilka lat później. W 1960 roku wygrałem konkurs młodych talentów techniki organizowany przez
UNESCO. Wybrano sześć osób z dwustu krajów, z których każdy przedstawiał jednego kandydata. PAN przedstawił mnie. Profesor Groszkowski bardzo doceniał moje prace. Przecież te maszyny były pierwsze na świecie! Przyjechała komisja, odbyłem z nią kilkugodzinną rozmowę. A po paru miesiącach przyszła informacja, że jestem jednym z sześciu zwycięzców. To było jak grom z
jasnego nieba! Kiedy zapytano mnie, gdzie chcę studiować, wybrałem Harvard i Massachusetts Institute of Technology.
W ciągu dwóch lat, które spędziłem w Stanach Zjednoczonych, otarłem się o światowe sławy. Poznałem profesora Moore'a, Shannona11, Rossa Ashby'ego. ENIAC-a13 pokazywał mi sam John Eckert.

CRN: W Stanach wszystkie drzwi były dla pana otwarte. Kilkakrotnie proponowano panu pracę.

Jacek Karpiński: Rzeczywiście, przyjmowano mnie jak króla. Byłem tym zresztą bardzo onieśmielony. Miałem zaledwie trzydzieści kilka lat. Po studiach poprosiłem o możliwość odwiedzenia całej długiej listy firm i uczelni. UNESCO zgodziło się. W Caltechu witał mnie rektor ze wszystkimi dziekanami, w Dallas - burmistrz miasta. I wszyscy chcieli, żebym dla nich pracował, począwszy od IBM, a skończywszy na uniwersytecie w Berkeley. W San Francisco proponowano mi nawet stworzenie własnego instytutu.

CRN: Dlaczego zdecydował się pan wrócić do Polski? Wobec takich perspektyw?

Jacek Karpiński: Nie wiem, czy można to nazwać patriotyzmem, ale ja po prostu chciałem pracować dla Polski. Zawsze wierzyłem, że ruscy kiedyś sobie pójdą. A technologia zostanie. Poza tym uważałem, że to nie byłoby w porządku - wyjechać na delegację i zostać. Spotkałem Polaków, którzy tak postąpili, i nie sądziłem,
żeby to było uczciwe. Wiedziałem, że w PRL będę żył w niewoli, ale wierzyłem też, że normy moralne obowiązują niezależnie od sytuacji. I jeszcze jedno: nie mogłem zostawić mojej mamy. Ojciec zginął na Nanda Devi, podczas pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, w 1939 roku, brat - w Tatrach, w 1957. Zostaliśmy
tylko ja i ona. Mama była profesorem medycyny. Bardzo zaangażowała się w pracę. Na pewno nie zgodziłaby się wyjechać.

CRN: Wraca pan do Polski i w Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN w roku 1964 konstruuje kolejną maszynę - Perceptron.

Jacek Karpiński: Perceptron to była właściwie sztuka dla sztuki. Chodziło mi o to, żeby pokazać, że maszyna może rozpoznawać otoczenie i uczyć się. Perceptron był wyposażony w kamerę i system do analizy obrazu. Jeśli pokazało mu się na przykład trójkąt, był w stanie odnaleźć cechy charakterystyczne i zidentyfikować kształt niezależnie od tego, czy następny trójkąt, jaki mu pokazano, był mniejszy, większy czy trochę zdeformowany.

CRN: Razem z pojawieniem się Perceptronu zaczęły się kłopoty.

Jacek Karpiński: Kłopoty były już przy AAH. Najpierw zrobił się szum w prasie, potem nie wolno było o mnie pisać. Jak zrobiłem Perceptron, też zrobiło się głośno. Zaraz zaczęły do mnie przyjeżdżać delegacje z zagranicy. To była druga taka konstrukcja na świecie (coś podobnego zbudowali w Stanford, ale na innych zasadach. U mnie to była sieć neuronowa na 2 tysiącach tranzystorów). A w dyrekcji instytutu był profesor Węgrzyn, nieuk, kawał durnia, ale ubowiec. I profesor Węgrzyn nie mógł tego wszystkiego znieść. Zaczął mi robić różne świństwa, nie przyznawał środków na badania. W końcu powiedziałem "dość" i
przeniosłem się do Instytutu Fizyki Doświadczalnej Uniwersytetu Warszawskiego.

CRN: E...gdzie powstał KAR-65.

Jacek Karpiński: KAR-65 zrobiłem dla profesora Pniewskiego. Chodziło o prowadzenie skomplikowanych obliczeń dotyczących cząstek elementarnych. CERN dostarczał instytutowi ogromne ilości danych, których nie było jak analizować.
Profesor Pniewski potrzebował skanera, który analizowałby fotografie zderzeń cząstek. Na rok przed moim pojawieniem się w instytucie zamówił takie urządzenie w Instytucie Badań Jądrowych, ale projekt wciąż nie był skończony. Na okrągło
coś poprawiali i poprawiali, bo skaner nie chciał działać. Pniewski zapytał więc, czy nie mógłbym tego poprawić. Popatrzyłem i odpowiedziałem, że nie ma co poprawiać, bo to jest spieprzone od samego początku. Poprawić - nie poprawię,
ale mogę zrobić nowy. Pniewski chwycił się za głowę.
- Mam czekać jeszcze rok?
- Nie - odpowiedziałem. - Zrobię panu ten skaner w trzy tygodnie.
I zrobiłem.
Ale Pniewski potrzebował jeszcze do tego skanera maszyny liczącej. Był rok 1965, Odry właściwie nie nadawały się jeszcze do użytku. Dostałem dwa pokoiki w piwnicy, sześć etatów i pieniądze na zakup komponentów. W małej ekipie było troje zdolnych inżynierów: Tadeusz Kupniewski, Andrzej Wołowski i Diana Wierzbicka.
I tak powstał KAR-65, który pracował z prędkością 100 tysięcy operacji na sekundę. To było wtedy strasznie dużo. Odry pracowały parę razy wolniej i były przeszło trzydziestokrotnie droższe. KAR-65 kosztował 6 milionów złotych, a każda Odra - 200 milionów! Poza tym to była maszyna skonstruowana na całkiem
innych zasadach niż wszystkie, które wtedy budowano. Zrobiłem maszynę ze zmiennym przecinkiem, asynchroniczną, bez zegara, sterowaną za pomocą pięciu układów automatów skończonych. To była kompletna nowość! Nikt tak wtedy nie robił.
Swoją drogą trzeba przyznać, że profesor Pniewski wykazał się wielkim hartem ducha, bo kiedy ja pracowałem nad komputerem, on co miesiąc dostawał anonimy z pogróżkami. Życzliwi donosili, że jestem hochsztaplerem, że nic nie skonstruuję, bo w ogóle nie mam pojęcia o budowie maszyn, i że jak będzie mnie dalej trzymał
w instytucie, w końcu zastuka do niego prokurator, bo marnuje państwowe pieniądze.

CRN: Wie pan, kto pisał te anonimy?

Jacek Karpiński: Później się okazało, że między innymi profesor Węgrzyn. Pniewski przychodził do mnie po każdym takim liście, opowiadał, co w nim było napisane i pytał: - Panie Jacku, ale pan zrobi tę maszynę, prawda?
KAR-65 pracował przez następne 20 lat. Można go sobie obejrzeć w Muzeum Techniki.

CRN: Słynny K-202 powstał także u profesora Pniewskie
Jacek Karpiński: Tam powstał tylko projekt. Wymyśliłem modularną maszynę, jednostkę centralną wielkości dzisiejszego peceta, wyposażoną w pamięć stałą i operacyjną, do której można sobie doczepić 65 tysięcy modułów sterowania i wykonawczych. Coś kapitalnego na przykład dla przemysłu. U Pniewskiego jednak
zbudować komputera już się nie dało. Instytut nie mógł dać na to pieniędzy.

CRN: I tak zaczęło się chodzenie od Annasza do Kajfasza.

Jacek Karpiński: Można tak to określić. Na początku próbowałem zainteresować wojsko. Miałem znajomego pułkownika. Projekt bardzo mu się spodobał. Tylko kto to ma wyprodukować? Poszedłem do Zjednoczenia MERA i trafiłem tam na dyrektora Jerzego Huka. Huk uznał projekt za interesujący i powołał do jego oceny komisję pod kierownictwem Mareczka Greniewskiego - syna profesora Henryka Greniewskiego. Ojciec udawał cybernetyka, a syn - eksperta od elektroniki.
Po paru tygodniach komisja stwierdziła, że projekt nie nadaje się do realizacji, bo technologii, jaką proponuję, nie ma i być nie może. Jakby mogła być, Amerykanie na pewno by już ją wykorzystywali. Jednym słowem: MERA mojej maszyny produkować nie chce.

CRN: Za to chcieli ją produkować Brytyjczycy.

Jacek Karpiński: Mój dobry znajomy, angielski handlowiec Howard Lord, pokazał projekt w Londynie. Tam uznano, że jest to najlepsza konstrukcja logiczna na świecie. Poproszono, żebym osobiście przedstawił założenia. I natychmiast pojawiła się propozycja produkcji.

CRN: Z której pan nie skorzystał.

Jacek Karpiński: Jak głupi, zakichany patriota, powiedziałem "dziękuję", włożyłem brytyjskie opinie do kieszeni i wróciłem do Polski. Poszedłem do Stefana Bratkowskiego i pytam, co robić? Tu nie chcą produkować, tam chcą. Ale ja chcę robić komputery w Polsce! Stefan obiecał porozmawiać z ministrem nauki profesorem Janem Kaczmarkiem. Kaczmarek przyjął mnie, uznał projekt za
interesujący i obiecał porozmawiać z Hukiem. Koniec końców okazało się, że produkować można, ale MERA ani Ministerstwo Nauki nie dadzą pieniędzy.

CRN: I wtedy Stefan Bratkowski wymyślił rozwiązanie.

Jacek Karpiński: Stefan zaproponował układ: brytyjskie pieniądze, sprzedaż i marketing - konstrukcja i produkcja w Polsce. To było dla wszystkich do przyjęcia. MERA podpisała umowę z firmami Data-Loop i MB Metals i stworzyła Zakład Mikrokomputerów. Ja zostałem kierownikiem zakładu i jednocześnie
konsultantem strony brytyjskiej.
Co prawda nawsadzali mi zaraz do tego zakładu ubowców, ale jakoś dawałem sobie z tym radę. Najpierw zaprosił mnie Jerzy Łukaszewicz, ten, który później zajmował się propagandą w KC. Wtedy był sekretarzem Warszawskiego Komitetu Wojewódzkiego. Zaprosił, wyraził uznanie dla mojej dziejowej misji i zaproponował mi dyrektora administracyjnego, oczywiście jeśli się zgodzę. Potem zaprosił mnie jeszcze jakiś następny towarzysz i też mi kogoś wcisnął. I tak obsadzili mi całą administrację, od dyrektorów po księgową.
Ale inżynierów na szczęście sam sobie dobierałem. Trzonem zespołu byli: Ela Jezierska, Andrzej Ziemkiewicz, Zbysław Szwaj, Teresa Pajkowska, Krzysztof Jarosławski. Pracowaliśmy po 12 - 15 godzin na dobę, bez nich nie byłoby możliwe wykonanie K-202 z oprogramowaniem w ciągu jednego roku. Zapał do pracy
większości zespołu był niespotykany.

CRN: I udało się panu wyprodukować 30 komputerów. Aż 30, czy tylko 30?

Jacek Karpiński: W tych okolicznościach to było chyba "aż". Prototyp robiliśmy w nieprawdopodobnym tempie - powstał w ciągu roku. Oczywiście razem z oprogramowaniem. K-202 był zbudowany na bazie systemów małej i średniej skali integracji. Pracował z prędkością miliona operacji na sekundę. Był szybszy niż pecety w
dziesięć lat później! Zastosowałem tam kompletną nowość - powiększenie pojemności pamięci przez adresowanie stronicowe. To mój wynalazek. W Londynie, na wystawie w Olimpii, stały obok siebie: brytyjski Modular One, amerykańskie maszyny i K-202 - wszystkie 16-bitowe. I wszystkie miały 64 kilo pamięci, a
K-202 - 8 mega! Wszyscy pytali, jak to zrobiłem. Odpowiadałem, że zrobiłem i, jak widać, działa. W jakiś czas później przyjechał do mnie do Warszawy konstruktor z CDC22. To była
wtedy jedna z największych amerykańskich firm komputerowych. Chciał się dowiedzieć, jak dokonałem cudu. Powiedziałem mu, żeby się domyślił, bo to bardzo proste. Myślał dwa dni - i nic. To mu w końcu powiedziałem. Potem przyjechał następny inżynier z DEC23. Też mu powiedziałem. Trzy lata później stronicowanie
było już stosowane przez wszystkich producentów i jest stosowane powszechnie do dzisiaj. Głupio, że tego nie opatentowałem.

CRN: Komputer zyskał uznanie samego Edwarda Gierka.

Jacek Karpiński: W 1971 roku wystawiłem K-202 na Targach Poznańskich. Miałem piękne, duże stoisko. Obok wystawiali 8-bitowe Odry Elwro. Gierek przyszedł do mnie z całą świtą, Jaroszewiczem, paroma ministrami. Rozmawialiśmy z kwadrans.
- No to jak? - zapytał. - Zrobicie?
- Zrobimy - odpowiedziałem. - Ale czy pomożecie?
- Pomożemy!
Do Elwro w ogóle nie podszedł. To był dla nich straszny policzek.

CRN: A w dwa lata później po pana Zakładzie Mikrokomputerów nie było już śladu.

Jacek Karpiński: Zniszczyli wszystko, cholera jasna! Zaczęła się straszna nagonka na mnie i na K-202. Straszne mi robili świństwa.
Starałem się o autonomię dla mojego zakładu. Nic z tego nie wyszło, przenieśli mnie do Instytutu Maszyn Matematycznych.
Musieli mnie zniszczyć, bo ośmieszałem i Elwro, i IMM. Elwro zatrudniało 6 tysięcy ludzi, IMM - 700. I nie potrafili zrobić żadnej przyzwoitej maszyny. Żaby jakieś robili. Można sobie jeszcze obejrzeć w Muzeum Techniki. U mnie w 1973 roku pracowało raptem 200 osób. Przecież taki Huk wydawał na Elwro miliardy złotych! I nic z tego nie wychodziło. Ja robiłem rewelacyjne maszyny za grosze. To jakie on miał wyjście? Albo mnie zamknąć, albo zamknąć Elwro.
A że i w Elwiro, i w IMM pełno było towarzyszy i ubowców, mieli odpowiednie dojścia, żeby mnie wykończyć. Ja przecież nigdy nie byłem w partii. Wszyscy wiedzieli, że jestem ustawiony bokiem. Dyrektorem Zakładu Mikrokomputerów zostałem tylko dlatego, że wymusili to Brytyjczycy. Jeszcze w 1972 roku MERA zaproponowała, żeby robić K-202 w Elwro. Miałem być ich konsultantem. Czemu nie? Po kilku dniach dowiedziałem się, że muszę do nich
napisać pismo, bo oni do mnie się nie zwrócą. Napisałem. I zaraz dostałem odpowiedź odmowną. Bardzo zabawne, prawda?
A na początku 1973 roku członkowie dyrekcji Elwro zaprosili Jaroszewicza, który był wtedy premierem i pierwszym sekretarzem, i powiedzieli: - Towarzyszu premierze, ratujcie nas przed Karpińskim! On nas zniszczy ekonomicznie. On ma 200 osób i robi maszyny z zagranicznych części, a my zatrudniamy 6 tysięcy i
robimy z polskich. I on ma 3 tysiące zamówień, a my nie mamy żadnego. U niego to kosztuje dolary, a u nas - złotówki!
Straszne świństwo polegało na tym, że Elwro też robiło Odry z zagranicznych komponentów. Wkład dolarowy w K-202 wynosił 1800 dolarów, a w Odrę - 30 tysięcy.
To była przecież wielka maszyna i scalaków tam wchodziło od cholery. Za wszelką cenę starali się bronić własnej dupy.
Stefan [Bratkowski - przyp. red.] próbował wydeptywać różne ścieżki, ale bez skutku. Od jednego towarzysza, o ile pamiętam Werewki, zastępcy kierownika Wydziału Przemysłu w KC usłyszał, że K-202 w ogóle nie ma.
- Jest towarzyszu - zapewnił.
- Może i jest. Ale nie działa.
- Oczywiście, że działa. Przyjedźcie do Karpińskiego, to zobaczycie.
- Nie przyjadę.
- Dlaczego?
- Bo nie ma takiego komputera.
I tak to wyglądało.

CRN: A towarzysze radzieccy nie dorzucili tu swoich trzech groszy?

Jacek Karpiński: W pewnym sensie. W 1970 roku Związek Radziecki wystąpił z inicjatywą stworzenia jednego typu komputera dla całego Układu Warszawskiego.
Nazwali go RIAD - Jednolity System Maszyn Matematycznych. Zerżnęli projekt z IBM-a 360, który wtedy nadawał się już do muzeum, ale przynajmniej był dobrze oprogramowany.
Wymyślili, że w każdym kraju satelitarnym będzie produkowany jeden typ komputera. W Polsce - RIAD 30, na Węgrzech - RIAD 10, w NRD - RIAD 20, a w Moskwie - RIAD 50.
Na jesieni 1972 roku przyjechał do Polski z całą delegacją towarzysz Ławrionow, główny konstruktor RIAD-a, żeby obejrzeć K-202. Przyjechał, popatrzył i powiedział - niemożliwe! Przecież u nich taka maszyna zajmowała całą ścianę!
Pyta, czy komputer jest odporny na wstrząsy. Odpowiedziałem, że można na nim kamienie łupać.
- A jak z klimatyzacją? - bo i ich maszyny, i Odry wymagały klimatyzacji.
- Nie potrzebuje.
I wypytywał tak, aż w końcu wziąłem szklankę wody i wylałem na komputer. Nic się nie stało.
- No tak - skonstatował z uznaniem. - Ale to nie jest RIAD, prawda?
Odpowiedziałem, że nie jest.
- A można to przerobić na RIAD?
- Można. Na zasadzie emulacji. Ma teraz milion operacji na sekundę, po emulacji będzie miał tylko 300, ale i tak będzie szybszy niż RIAD-y. I będzie działał na waszym oprogramowaniu.
I w rezultacie zaprosili mnie, żebym poprowadził seminarium w Moskwie.

CRN: Pojechał pan?

Jacek Karpiński: Trochę się obawiałem, bo z tymi wizytami w Moskwie to różnie w historii bywało. Niektórzy wracali stamtąd w drewnianych skrzynkach. Zgodziłem się, ale w końcu nie pojechałem. Pojechał za mnie dyrektor naukowy IMM, profesor
Andrzej Janicki. Wyjątkowa glizda. Niby był pułkownikiem lotnictwa, ale na moje oko pracował dla KGB. W każdym razie o komputerach nie miał żadnego pojęcia. Kompletne zero. I oczywiście z tego całego planu z ruskimi nic nie wyszło.
Ale przynajmniej udało mi się zrobić drakę. Wydałem kolację w pałacyku w Jabłonnie i zaprosiłem tam Ławrionowa z całą świtą, dyrekcję MERY i IMM. Nie mogli nie przyjść. I Ławrionow wzniósł tam toast "za współpracę z inżynierem Karpińskim!". Tych z Elwro i IMM szlag trafił. To była dla nich kompletna kompromitacja.

CRN: Miał pan jednak nie tylko wrogów, ale i sprzymierzeńców. Jednym z nich był ówczesny minister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic.

Jacek Karpiński: Wciąż byłem na czarnej liście cenzury. Nagonka zrobiła się paskudna. Szlachcic miał dobre nastawienie do rozwoju techniki. Rozumiał, co znaczy dla kraju. Bywał w moim zakładzie, był gorącym zwolennikiem produkcji K-202. MSW używało zresztą czterech moich maszyn. Z tych 30, które udało się
wyprodukować, 15 pojechało do Wielkiej Brytanii, resztę zainstalowano w Polsce, między innymi w MSW, MSZ, w Dowództwie Marynarki Wojennej, w Hucie Lenina, na uniwersytetach Warszawskim i Gdańskim. Jeden trafił do CERN. Było więc sporo
udanych zastosowań i on to bardzo doceniał. Zorganizował spotkanie Elwro, MERY, IMM, zaprosił przedstawicieli instytucji, w których działały K-202, i poprosił, żeby przedstawić wszystkie za i przeciw. Na koniec stwierdził, że przeważają pozytywne opinie i że w ciągu tygodnia podejmie ostateczną decyzję dotyczącą przyszłości mojego komputera. I w ciągu tego tygodnia przestał być ministrem.
Zaraz potem dostałem wymówienie. Zwyczajnie wywalili mnie na zbity pysk.

CRN: Pewne elementy tej historii znalazły się w książce Romana Bratnego "Lot ku ziemi".

Jacek Karpiński: Zgadza się. Roman sportretował tam między innymi dyrektora Huka. Przedstawił go jako kompletnego debila (zresztą jak najbardziej zgodnie z rzeczywistością). Oczywiście zmienił mu nazwisko. Na Łomot. Huk zorientował się, w czym rzecz, i poszedł z książką do prokuratury. Opowiadano mi później, że prokurator zapytał:
- To pan się utożsamia z tą postacią?
Huk oczywiście odpowiedział, że nie.
- No to, o co panu chodzi?
Profesora Węgrzyna też tam można znaleźć.
Jak mnie wylali, na linii produkcyjnej było następnych 200 jednostek moich maszyn. Zniszczyli je. Potem MERA przez pięć lat pracowała nad kopią K-202. W końcu ją zrobili - dwa razy wolniejszą, zawodną i niebotycznie droższą od K-202.
Zresztą próbowano kopiować K-202 i w Moskwie, ale z tego w ogóle nic nie wyszło.

CRN: Koniec końców znalazł się pan "za zesłaniu" w Instytucie Przemysłu Budowlanego Politechniki Warszawskiej.

Jacek Karpiński: Jak mnie wylali, wezwał mnie do siebie towarzysz Wrzaszczyk. Mówił, że bardzo mu przykro, że tak się to wszystko skończyło, i że ponieważ jestem świetnym fachowcem, on ma dla mnie posadę. Zaproponował, żebym został jego pełnomocnikiem i zajął się. konteneryzacją! Powiedziałem mu, że się na tym nie znam.
- To się pan pozna. Opakowania to dla Polski bardzo ważna sprawa. Pan przecież jest patriotą.
Po czterech godzinach zgodziłem się. No, skoro to ma być takie ważne dla Polski.
- Dobrze, panie ministrze - powiedziałem. - W gruncie rzeczy to jest ciekawa propozycja. Będę mógł wykorzystać mój K-202.
- Niech pan zapomni o komputerach - krzyknął Wrzaszczyk.
Na to mu powiedziałem, że w takim razie niech on zapomni o mnie.
- Odmawia pan ministrowi?
- Odmawiam.
No i dostałem wilczy bilet. Pozwolili mi tylko na wykłady w Instytucie Przemysłu Budowlanego.

CRN: Nie mógł pan również wyjechać z kraju.

Jacek Karpiński: W 1975 roku zaproponowano mi pracę konsultanta w Stanach. Instytut zgodził się na pół etatu - mogłem pracować dwa tygodnie tu, dwa tygodnie tam. Wszystko pięknie, tylko paszportu mi nie dali.
Stefan namówił mnie, żebym poszedł do towarzysza Jezierskiego. To był taki towarzysz z Wydziału Nauki KC. Poszedłem, porozmawiałem. Obiecał interweniować.
Zadzwoniłem za kilka dni - już go nie było. No, to Stefan mówi - idź do Werblana. Werblan był wtedy prawie jak Pan Bóg. Przyjął mnie w tym naszym "białym domu" z honorami, wysłuchał, obiecał pomóc i poprosił, żebym zadzwonił za tydzień.
Zadzwoniłem za tydzień, sekretarka powiedziała, żebym zadzwonił za trzy dni. Zadzwoniłem za trzy dni, usłyszałem, żebym więcej już do towarzysza Werblana nie dzwonił.
Potem rozmawiałem jeszcze z Mieciem Rakowskim. Dotarłem do niego przez przyjaciela, dyrygenta Jurka Semkowa. Jurek był kolegą ze studiów żony Miecia - Wandy Wiłkomirskiej. Rakowski obiecał zorientować się w sytuacji, ale po jakimś czasie poprosił, żebym więcej nie rozmawiał z nim o moim paszporcie. Koszmar. Po
prostu koszmar.
Kiedyś spotkałem na Marszałkowskiej kolegę - dyrektora od informatyki w MSW. Bardzo przyzwoity facet. Powiedział, że widział w ministerstwie moją teczkę. Na teczce było podobno napisane ręką Jaroszewicza: "Nie wydawać paszportu. Powód:
sabotażysta i dywersant gospodarczy". - Wiesz - powiedział mi - pierwszy raz w życiu widzę sabotażystę i dywersanta, który w PRL spokojnie sobie chodzi po ulicy.

CRN: I wtedy postanowił pan rzucić wszystko i wyjechać na Mazury.

Jacek Karpiński: W 1978 roku miałem już tej całej zabawy po dziurki w nosie. Wynająłem zrujnowaną chałupę pod Olsztynem i zacząłem hodować świnie i kury. Raz na tydzień jeździłem na wykłady na politechnikę, bo nie chciałem tracić ostatnich stałych dochodów. Dziennikarze znaleźli mnie tam w 1980. Pewien
znajomy robił reportaż z dyrektorem miejscowego PGR-u. Dyrektor powiedział mu, że jest tu w okolicy taki jeden dziwny facet, który przyjeżdża po karmę dla kur, ale nie wygląda na rolnika. I zaraz zleciały się gazety, telewizja.

CRN: E...i dostał pan paszport.

Jacek Karpiński: Nie tak od razu. Dużo się wtedy w kraju zmieniło. W 1981 w MERZE był konkurs na dyrektora. Ktoś zaproponował moją kandydaturę. Dostałem prawie 90 proc. głosów. Tam pracowało wtedy 1800 osób! Ale nie było zgody Ministerstwa Przemysłu. W zamian zaproponowano mi stanowisko dyrektora IMM.
Dziwna propozycja. Powiedziałem, że się zastanowię. Na wszelki wypadek zapytałem o zdanie Stefana [Bratkowskiego - przyp. red.]. Uważał, że powinienem się zgodzić, bo jeśli odmówię, pojawią się zarzuty, że nie chcę współpracować.
Zgodziłem się. Jednak na to z kolei nie wyraziło zgody KC. Zamiast dyrektora naczelnego zaproponowali, żeby został dyrektorem technicznym. Odmówiłem. Co może zdziałać dyrektor techniczny przy dyrektorze naczelnym idiocie?
I znów zaczęła się na mnie nagonka. Jakieś artykuły w prasie, wywiady z babami ze wsi, którym podobno kradłem kury. To one kradły moje kury! Brednie jakieś kompletne.
Doszedłem do wniosku, że muszę wyjechać. Atmosfera wokół mnie gęstniała z dnia na dzień. Stefan był pewny, że szykuje się coś bardzo niedobrego. Sądzę, że postanowili mnie wtedy wykończyć na amen.

CRN: Zabić?

Jacek Karpiński: Tak. Byłem bardzo niewygodny dla zbyt wielu ludzi.

CRN: Wyjechał pan do Szwajcarii, do pana Kudelskiego.

Jacek Karpiński: Poznałem Stefana [Kudelskiego - przyp. red.] w 1972 roku.
Przyjechał wtedy do Polski, oglądał K-202. Nakręciła to Polska Kronika Filmowa - "Spotkanie konstruktorów". Jak wyjeżdżał, któryś z dziennikarzy zapytał, co chciałby kupić w Polsce.
- Jacka Karpińskiego - odpowiedział.
Pracowałem u niego jako konsultant, ale dwa lata później nasze drogi się rozeszły. Stefan chciał dalej produkować sprzęt analogowy, ja namawiałem go do przejścia na technikę cyfrową. Ponieważ nie udało mi się go przekonać, stwierdziłem, że szkoda mojego czasu i jego pieniędzy.
Do spółki ze szwajcarskim matematykiem założyłem firmę - Karpiński Computer Systems. Przetrwała tylko dwa lata. Zabrakło pieniędzy na rozwój. Początek był bardzo dobry. Zrobiłem robota sterowanego głosem i pokazałem go na wystawie w Zurychu. Natychmiast znaleźli się inwestorzy. Niestety, mój wspólnik nie chciał się dzielić udziałami. Jeszcze nie zaczęliśmy nic produkować, a już zabrakło pieniędzy.
Potem zrobiłem jeszcze w Szwajcarii Pen-Readera - skaner i oprogramowanie do skanowania i czytania tekstu po jednej linijce. Też tego nie opatentowałem. Nie mam talentu do interesów.

CRN: W 1990 roku wrócił pan do Polski. To była już inna Polska niż ta, z której pan wyjeżdżał.

Jacek Karpiński: Pod pewnymi względami tak, pod innymi niekoniecznie. Zostałem doradcą ministra finansów do spraw informatyki. Współpracowałem z Balcerowiczem, Olechowskim, a następny to był już taki głupi, że serdecznie podziękowałem.
Postanowiłem produkować Pen-Readera w Polsce. Znajomy polecił mi zakłady w Szczytnie. Tam wzięli się do roboty i wyprodukowali szybko partię 500 egzemplarzy. Miałem już zamówienia. Zacząłem starać się o kredyt, bo chciałem uruchomić własną produkcję. Założyłem dwie firmy: JK Computer Systems i JK Electronics. Potrzebowałem 800 tysięcy dolarów. Chciałem to wszystko zrobić z
rozmachem, pewnie niepotrzebnie.
Trafiłem do banku BRE. Bank powiedział, że da mi kredyt, jeśli biznesplan zostanie przygotowany przez fachowca z Ministerstwa Przemysłu. Ministerstwo przysłało mi jakąś panią. Wyszło na to, że potrzeba 860 tysięcy dolarów.
Zabezpieczeniem był mój dom w Aninie wyceniony na 350 tysięcy dolarów. Kredyt miał przyjść w trzech transzach. Pierwsza wynosiła 126 tysięcy dolarów.
Kupiłem maszyny, komponenty, zapożyczyłem się jeszcze u znajomych, wiedząc, że za parę tygodni przyjdzie druga, większa transza kredytu. Czekam, czekam. A pieniędzy jak nie było, tak nie ma.
Poszedłem do banku i pytam, kiedy będzie druga transza. A oni na to:
- A ma pan nowe zabezpieczenie?

CRN: Potraktowali dom jako zabezpieczenie tylko pierwszej transzy?

Jacek Karpiński: Nic o tym wcześniej, cholera, nie powiedzieli! Jeszcze nie zacząłem produkcji, a oni już weszli mi na konta. A że nie miałem czym płacić, zaczęli mi naliczać karne odsetki - 120 proc.! Sprzedałem Pen- -Readery wyprodukowane w Szczytnie, dostałem na konto w Banku Handlowym 30 tysięcy dolarów. Sprawdzam stan konta - pusto. BRE zabrał. Zostałem kompletnie bez pieniędzy.
Żeby się ratować, zaprojektowałem kasy fiskalne. Zapożyczyłem się w paru bankach, otworzyłem zakład, byłem w przededniu produkcji. Jedno włamanie, drugie, trzecie - wszystko zniknęło. Po prostu rozkradli mi zakład. A miałem przecież ochronę!
Podpisałem umowę na produkcję tych kas z Libellą. Zorganizowałem im zakład produkcyjny od zera. Przysłali mi na dyrektora jednego z członków rady nadzorczej. I zaraz się okazało, że nie mam wstępu do zakładów. Makabra!
Zakłady były Libelli, ale projekty moje. Podpisałem umowę na produkcję z Apatorem. Zrobili prototypy, a ponieważ wszystko działało jak należy, zapadła decyzja o produkcji. I wtedy postanowili produkować płyty główne w Warszawie i zamówili od razu 3 tysiące.
- Panowie - mówię. - Tak się nie robi. Niech najpierw przygotują próbną partię, zobaczymy, do czego to się w ogóle nadaje. Przecież trzeba sprawdzić kooperanta.
Nie posłuchali. A w Warszawie spieprzyli wszystkie płyty, co do jednej. Okazało się, że ten sam zakład pracuje dla innego producenta kas fiskalnych, który ma siedzibę w tym samym budynku. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż.

CRN: W rezultacie stracił pan dom.

Jacek Karpiński: Sprawa kredytu w BRE ciągnęła się od 1996 do 2000 roku. W końcu wystawili mój dom przy Nawigatorów 11 na licytację. I sprzedali. za 200 tysięcy złotych! Tam była działka 2,5 tys. mkw. Jeszcze w 1996 był wyceniony na 350 tysięcy dolarów! Kupił go jakiś były policjant.
Miałem mieszkać w tym domu do kwietnia 2001 roku. W październiku 2000 roku nowy właściciel zażądał, żebym się wyprowadził. Powiedziałem, że nie będę się wyprowadzał na zimę. Komornik ustalił przecież, że mogę mieszkać do kwietnia.
Nowy właściciel nie miał co prawda wstępu do domu, ale miał za to wstęp do ogrodu. Zaczęły się świństwa. Najpierw pościnał wszystkie drzewa, potem sprowadził koparkę i rozorał wszystko tak, że nie było jak chodzić. Potem koparka uszkodziła dach. Przeprosił i obiecał, że naprawi - i w ramach tej naprawy zerwał cały dach. Siedziałem w pokoju i pracowałem. pod gołym niebem.
Jak padał deszcz, brałem parasol, a komputer przykrywałem folią. W końcu pozrywał mi koparką przewody elektryczne.
Któregoś dnia poszedłem do córki na kolację. A ten bezczelny łobuz przyjeżdża i mówi, że dom się zawalił! Rozjechał wszystko buldożerem! Wszystko zniszczył.
Całą moją bibliotekę, wszystkie pamiątki, wyposażenie domu.
Nie pamiętam, ile razy pisałem do policji, prokuratury, żeby poskromili jakoś tego łobuza. Bez odzewu. Pisałem do inspekcji budowlanej. Przyjechali dopiero wtedy, jak już z domu nic nie zostało. Przecież było wyraźnie widać, że to wszystko zrobiono ciężkim sprzętem.

CRN: W jaki sposób znalazł się pan we Wrocławiu?

Jacek Karpiński: Jak mi zabrali dom, pomieszkiwałem w Aninie. Potem wyjechałem na pół roku do Szwajcarii, żeby tam robić na zlecenie nowy skaner. To jest specjalny skaner do sprawdzania ksiąg rachunkowych. Sczytuje liczby, przesyła do komputera, gdzie są prowadzone obliczenia. Ja z synem Danielem zajmowałem się tylko konstrukcją. Sprzedaż będą prowadzić Szwajcarzy.
Kiedy wróciłem, przyjaciółka namówiła mnie na przenosiny do Wrocławia. Mam stąd bliżej do synów. Dwaj mieszkają w Szwajcarii, trzeci, Daniel, przyjechał dwa lata temu do Wrocławia. Bardzo zdolny chłopak. Tak jak ja - elektronik i
informatyk. Będziemy razem robić wersję mobilną tego skanera.

CRN: Banki dały już panu spokój?

Jacek Karpiński: Niezupełnie. Jeszcze spłacam długi. Idzie na to jedna czwarta mojej emerytury.
Kiedyś opowiedziałem to i owo o moich pracach pewnemu szwajcarskiemu biznesmenowi. Wywnioskował, że muszę być miliarderem. A ja wiążę jakoś koniec z końcem, żeby przetrwać.

CRN: Jaka jest pana recepta na kłopoty? To, przez co pan przeszedł, starczyłoby, żeby doprowadzić do załamania nie jedną, ale kilka osób. A pan wciąż nie załamuje rąk.

Jacek Karpiński: Co ja robię, jak mam kłopoty? Nic nie robię. Po prostu olewam. Moja dewiza jest bardzo prosta: martwię się, jeśli mogę coś w mojej sytuacji zmienić. Jeśli nic nie mogę zrobić, przestaję się martwić. Jeśli nic nie mogę poradzić na świństwo, po co miałbym jeszcze sam się zadręczać?

CRN: Rozmawiał Adrian Markowski, współpraca Anna Suchta
Adrian Markowski